Ekshibicjonistyczny wpis o prokrastynacji i diecie informacyjnej

Dziś o marnowaniu czasu w Internecie.

Zaczęło się od tego, że…

Postanowiłam wziąć udział w konkursie Daj się poznać. Konkurs wymaga utworzenia projektu open source i blogowania o postępach prac. Jako że różnych hobby[1] mam więcej niż Java bibliotek ORM (hłe, hłe), a moment w życiu nie zachęca do rzucania się z motyką na cokolwiek – potrzebowałam zewnętrznej motywacji do działania.

Czas pokaże, czy wystarczy mi determinacji do samego końca. Póki co, rozmyślam o prokrastynacji i szkodliwych nawykach. Z tej okazji kolejny raz wróciłam do przełomowej dla mnie książki Information Diet Claya A. Johnsona.

Jeszcze jeden brzydki wyraz

Prokrastynacja” to nie jest ładne słowo. Nie ma go w „Słowniku języka polskiego” PWN, a to prawie zawsze oznacza, że istnieje już poprawne polskie słowo oznaczające dokładnie to samo. Najpiękniejszy wolny przekład, z jakim się spotkałam, to „kunktatorstwo”, ale bliżej sedna jest chyba zwykłe „zwlekanie”.

Prokrastynację najczęściej powoduje niepokój (przed porażką lub, o dziwo, sukcesem), a jej najbliższym pomagierem jest, oczywiście, Internet.

Najlepsze remedium na prokrastynację…

… to sprawowanie opieki nad niemowlęciem. Takie odkrycie z ostatnich trzech miesięcy 🙂 Mimo że mam „aniołka”, który płacze tylko, gdy ma realny problem, to znalezienie chwili na kreatywny namysł graniczy z niemożliwością. W efekcie wiem, że kliknięcie w ten jeden kuszący link istotnie zwiększy ryzyko, że pracę nad kolejną linijką (gdy wreszcie się za nią zabiorę) przerwie rozdzierający wrzask. To naprawdę skuteczny wspomagacz dyscypliny.

Siła nawyku i obiecany ekshibicjonizm

Czas się przyznać. Nawet przy dziecku mam potężny problem z pozbyciem się jednego szalenie szkodliwego i trochę wstydliwego nawyku. Czytam w wannie. Uwielbiam czytać w wannie. Nie od święta i nie zawsze przy świecach. Prawie codziennie. Rano. Książkę, ale także głupoty w Internecie.

Mądrzejsi od mnie twierdzą, że nawyk składa się z trzech elementów: wyzwalacza, reakcji oraz nagrody, i że można tę sekwencję wykorzystać do świadomego wytworzenia nawyków pożądanych. Chciałabym, po dzwonku budzika, na autopilocie lądować w lesie na przebieżce z psem (póki mąż w domu), a nie w wannie w stanie półhibernacji! Trzymaj za mnie kciuki.

Czy nabijasz się z milionów Polaków bezmyślnie wpatrzonych w telewizor?

Jak wielu moich przyjaciół, nie oglądam telewizji. Mogę sobie gratulować, że wiele dzieli mnie od statystycznego Polaka, który spędza przed telewizorem zatrważające 4,5 godziny dziennie. Tylko że… Nie czarujmy się. Internet niekoniecznie jest lepszy, a w wydaniu większości (do której pewnie należę) zdecydowanie taki nie jest.

Internet to największy zasób wiedzy na świecie, a jednocześnie największy zasób głupoty.

Pamiętaj, że mózg staje się najlepszy w tym, w czym regularnie go ćwiczysz. Czy warto wyspecjalizować się w podążaniu za clickbaitem (odmieniłam, a co)?

Dieta informacyjna

Autor Information Diet porównuje konsumpcję informacji do konsumpcji żywności.

Tak jak w przypadku jedzenia, najzdrowsza jest informacja nieprzetworzona, pochodząca z samego źródła. Zatem nie wiadomości na portalach i w tygodnikach opinii, tylko artykuły naukowe, notatki agencji prasowych, potwierdzone relacje świadków, poparte źródłami analizy ekspertów. Porównanie wbrew pierwszemu wrażeniu nie jest na wyrost. Autor wskazuje informacyjne odpowiedniki śmieciowego jedzenia i tłumaczy, jakie mechanizmy sprawiają, że nabieramy się na jedno i drugie.

Co ciekawe, problemu nie rozwiązuje samo publiczne udostępnienie źródeł (np. rządowych raportów na temat wydatków), ponieważ czytelnik musiałby jeszcze do nich sięgnąć. Porównanie z książki: zalanie rynku brokułami nie sprawi, że ludzie zaczną odżywiać się zdrowo. Musimy zdobyć się na świadomy wysiłek.

Tak jak w przypadku jedzenia, w przypadku informacji również można przejść na dietę.

  • Odmawiać sobie klikania linków w stylu „a wtedy stało się TO”.
  • Trenować interwałami utrzymywanie uwagi i koncentracji.
  • Sięgać do źródeł.
  • Sprawdzać pochodzenie zdjęć (w Google Images można szukać zdjęć podobnych do danego zdjęcia oraz wcześniejszych wystąpień tego samego zdjęcia w artykułach).
  • Zaglądać do magazynów prezentujących przeciwną opcję polityczną.

Istnieją narzędzia pozwalające zwiększyć produktywność przy komputerze. Jednym z nich jest RescueTime, które śledzi naszą aktywność i przedstawia raporty na temat czynności wartościowych i nie. Narzędzie jest konfigurowalne i podobno bezpieczne.

Zadanie domowe

Chciałabym zaproponować Ci zadanie domowe.

Jeśli jeszcze tego nie robisz: następnym razem, kiedy poruszy Cię wiadomość przeczytana w Internecie, postaraj się dotrzeć do samego źródła. Znajdź nagranie, cytat, raport z badań. W wersji „z gwiazdką” sprawdź dodatkowo, czy w ogóle i w jaki sposób piszą na ten sam temat media z przeciwnej opcji.

Dzielę się swoimi wynikami: news, który mnie zbulwersował, okazał się niestety niepodkolorowaną prawdą. Kandydat na prezydenta, poseł i ojciec trzech córek faktycznie insynuował że nieatrakcyjna (jego zdaniem) kobieta powinna cieszyć się z molestowania.

 

[1] Do bardzo niedawna sądziłam, że mój nadmiar zainteresowań jest głęboką patologią. Natknęłam się jednak na cudowne wystąpienie Emilie Wapnick na TED i odetchnęłam z ulgą. Polecam.

[2] Obrazek w nagłówku pochodzi stąd: https://sketchport-hrd.appspot.com/drawing/5795385024970752/hotdog. Okazało się, że nie potrafię narysować hot doga.

Komentarze

7 myśli nt. „Ekshibicjonistyczny wpis o prokrastynacji i diecie informacyjnej”

  1. 1. Ha. Próbowałem używać RescueTime, ale mnie odrzucił dość szybko. Zacząłem pisać swoje narzędzie robiące podobną rzecz, ale na razie zostawiłem (wrócę do niego, jest bliskie ukończenia, i IMHO lepsze od RT;-) – działa dokładnie tak, jak ja chcę).

    2. Do konkursu zgłaszam się jutro.

    3. IMHO ani „kunktatorstwo”, ani „zwlekanie” nie oddaje sedna.

    4. Niemowlęcia chwilowo nie mam, ale sześcioletnia córka też działa nie najgorzej.

    5. Na Wielki Post odstawiłem facebooka i większość innych stronek. Tak mi się spodobało, że chyba już zostanie, ewentualnie znów zainstaluję leechblocka.

    6. Ja teraz chodzę spać ok. 23:00, a wstaję ok. 5:30. Muszę jeszcze wyrobić sobie „poranny rytuał”, żeby nie tracić cennego czasu ciszy rano, zanim córka się obudzi.

    7. Darmowy fragment książki poleciał na Kindle’a. Zobaczymy, czy kupię. Jak zauważyła moja znajoma, problemem nie jest nawet, że za książkę trzeba zapłacić pieniędzmi; problemem jest, że trzeba za nią zapłacić czasem…

    8. Trenowanie koncentracji interwałami to dobry pomysł, sam od niedawna to robię. Podobno pomodoro działa nieźle, ja robię to po swojemu.

    9. Moje największe odkrycie z 2014 roku to potężny młot na prokrastynację, czyli http://beeminder.com (disclosure: nie mam udziałów, nie dostaję kasy ani bonusów za polecanie – no, prawie, dostałem naklejki promocyjne;-), ale to nie tylko za polecanie, ale też np. bug reporty). W moim przypadku działało znakomicie; najpierw używałem opcji darmowej, teraz płacę $8 miesięcznie i każda zapłacona im złotówka była tego warta.

    1. 6. Właśnie dojrzałam do czegoś podobnego. Niby raczej jestem sową i nienawidzę poranków, ale prawda jest taka, że po całym dniu opieki nad maluchem nie mam już mocy intelektualnych.
      7. Dlatego, mimo że uwielbiam czytać, nie przepadam za otrzymywaniem książek w prezencie. A już zwłaszcza, jeśli darczyńca sam danej książki nie przeczytał, czyli nie może ze nią ręczyć!
      9. Widzę, że beeminder ma integrację z RescueTime 🙂
      Uwielbiam Twoje konstruktywne komentarze!

      1. 6. Też mi się tak wydawało, ale okazało się, że to totalny BS.

        7. No, ja zwykle, jak dostaję książkę w prezencie, to taką, którą warto mi czytać. Rekordem było, gdy kiedyś z moją Siostrą daliśmy sobie pod choinkę (oczywiście nie umawiając się) tę samą książkę!

        9. Proszę;-). Ma też integrację z paroma innymi rzeczami (np. Runkeeperem). (I klienta w Emacsie, autorstwa niżej podpisanego;-).) Ciekaw jestem Twojej opinii o tym narzędziu. No i zaczynam się obawiać, że „Uwielbiam Twoje konstruktywne komentarze!” oznacza, że nie znosisz tych niekonstruktywnych. 😛 (Ale w sumie piszę tylko konstruktywne komentarze;-) – nawet, gdy zawierają ostrą krytykę. Zresztą, dyskusja z kimś o drastycznie odmiennych poglądach, mimo że trudna, bywa konstruktywna.)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *