Archiwa kategorii: Nie na temat

Żale pozainformatyczne

Programiści i ich żony

Dawno nie było tu tyrad równościowych. Spieszę naprawić ten karygodny błąd! Uprzedzam od razu, że będzie dość osobiście.

W mrokach dziejów (na starym blogu)

Na moim poprzednim blogu sporo było uniesień. Dokładniej, to ja sporo się unosiłam 🙂 Było mi to wtedy potrzebne – zaczynając pracę w zdominowanym przez facetów zawodzie czułam się dość osamotniona. Dużo rzeczy mnie zaskakiwało i nie zawsze potrafiłam w porę reagować. Zdarzyło mi się, przyznaję, ronić łzy w firmowej toalecie. Pierwszy raz po (nie)sławnej przygodzie z quasiprogramistą… Ale to materiał na zupełnie inną historię. W każdym razie, w tamtych czasach blog pełnił dla mnie (między innymi) rolę wentyla bezpieczeństwa.

Dzisiaj (ku słońcu)

Wiele się od tego zmieniło. Po pierwsze, odkryłam, i bardzo mnie to uspokoiło, że nie jestem ani osamotniona, ani wyjątkowa. Programujących kobiet są miliony. Wiele z nich poznałam i wiele mnie inspiruje: Jessica z Abstractivate, dziewczyny z Daj się poznać (trzy spośród siedmiorga zwycięzców to kobiety), moja uzależniona od Coursery przyjaciółka Ewa, Trisha Gee., Ta ostatnia zaskoczyłą mnie kiedyś (na GeeConie) tym, że nie chciała rozmawiać o kobietach w IT. Dopiero niedawno  zrozumiałam, dlaczego, a przynajmniej tak mi się wydaje: bo kobiety nie są ułomkami i nie potrzebują specjalnego traktowania.

Po drugie, trochę wbrew kulturze i wychowaniu, nauczyłam się wreszcie asertywności. W obliczu seksistowskich uwag i nierównego traktowania, reaguję. Uprzejmie i konstruktywnie, ale ze świadomością, że upomniana osoba prawdopodobnie i tak zachowa urazę.  Zazdroszczę osobom, które w takich sytuacjach potrafią rozładować sytuację humorem. To ważny sprzymierzeniec, ale ja po przejściu w tryb obrońcy kobiecej robię się śmiertelnie poważna.

Po trzecie, po paru latach pracy w docenianym i opartym na umiejętnościach zawodzie człowiek nabiera wreszcie pewności siebie.

W związku z tym, w nowym miejscu narzekania prawie na uświadczycie. Nie znaczy to jednak, że wszystko jest w idealnym porządku i że nic nie wyprowadza mnie z równowagi. Kobiet w zawodzie nadal jest za mało (nie twierdzę, że ma być połowa, ale 5%  pewnością nie odwzorowuje rzeczywistego rozkładu predyspozycji) i nie jest to przypadek. Najbardziej martwią mnie   drobne korekty kursu, którym poddawane są kobiety (a jeszcze częściej dziewczynki) utalentowane w dyscyplinach ścisłych. „Chłopcy z reguły lepiej radzą sobie z geometrią”, żart o śwince morskiej (nie cytuję, bo jest durny, a i tak wszyscy go znają), sekcja z zabawkami „dla dziewczynek”… I potencjalna programistka zostaje nauczycielką w klasach 1-3. Z całym szacunkiem dla tych drugich.

Do rzeczy (a stereotypy się obalą, obalą)

Stereotypy to utarte wzorce, którymi posługuje się nasz mózg, by nie przekroczyć dostępnej mocy obliczeniowej. Są potrzebne. Niejednokrotnie ratowały naszym przodkom tyłki oraz pozostałe części ciała. Wobec wystającego zza krzaka pasiastego ogona, nagradzaną przez ewolucję strategią była natychmiastowa ucieczka. Czcigodny przodek nie miał czasu na gdybanie, czy może w danym wypadku nie am do czynienia z krwiożerczym tygrysem, tylko większą wiewiórką, która upaprała w błocie tylną część ciała. Pasiasty ogon = tygrys = ucieczka.

Stereotypy są niezbędne, dlatego nie widzę nic strasznego w tym, że na hasło „informatyk” przed oczami wielu pojawiają się panowie z IT Crowd. To miłe i ważne, kiedy Lego wypuszcza zestawy z kobietami-naukowcami, ale nie będę strofować swojego dziecka, jeśli narysuje szalonego naukowca lub górnika płci zgodnej z rodzajem gramatycznym.

Jest jednak granica i w tym wypadku widzę ją tam, gdzie kolejna napotkana osoba w rozmowie ze mną bez cienia refleksji i poczucia obciachu zakłada, że programista musi mieć żonę.

Jak jest?

W środowisku biznesowym powinno być oczywiste (dla wszystkich: działów HR, menedżerów, organizatorów szkoleń), że stereotyp to jedno, a życie (i korzyść finansowa) to zupełnie inna sprawa. Wygląda na to, że oczywiste to jednak ne jest. Z tej okazji dzisiaj chcę podzielić się  wspomnieniami kilku sytuacji, które ostatnio przyprawiły mnie o ból głowy.

W pracy
W pracy

Studium przypadku 1: oferty pracy

Dostaję czase oferty pracy, która wyglądają mniej więcej tak:

„Pani Justyno!

Chcielibyśmy zaproponować Panu…
Jeśli jest Pan zainteresowany…”

Koleżanko, skusiłabyś się na taką ofertę?

Przynajmniej jeden z tych tekstów został wysłany przez rekrutera płci męskiej – pana od HR. Ironia odbiła się od ściany jak groch.

Studium przypadku 2: podatki

Raz na jakiś czas przekraczam próg podatkowy. Ostatnim razem odebrałam maila od działu finansowego, w którym informowano mnie życzliwie, że mogę uniknąć podwyższenia podatku, jeśli rozliczę się z żoną.

No tak. Skoro zarabiam stosunkowo dużo, to pewnie jestem facetem i imię nie ma tu nic do rzeczy. Moja żona pewnie zarabia mniej (hello!), więc razem tego progu nie przekroczymy. Podpisane przez miłą panią z działu finansowego.  Ile wysiłku potrzeba, żeby w szablonie maila wyraz „żona” zamienić na neutralnego „małżonka”?

Studium przypadku 3: blogowanie

Należę do pewnej grupy wsparcia prelegentów i blogerów IT. Ostatnio pojawił się w niej taki oto post:

Jak udaje wam się godzić pasję z obowiązkami wobec żony i rodziny?

Problemów, a może warstw problemów, widzę tu  kilka. Czy w przypadku IT ja sama w ogóle mogę mówić o pasji? Czy ktoś, kto traktuje żonę jak obowiązek, powinien wchodzić w związek małżeński? Ale przede wszystkim: O co, u licha, chodzi z tą żoną? Dlaczego w domyśle żona informatyka ona nie ma pasji? Dlaczego ja, jako bloger i okazjonalny prelegent, jestem wykluczana z dyskusji z racji nieposiadania żony? Dodam jeszcze, że lista członków grupy jest jawna. Łatwo sprawdzić, ile wśród nich kobiet.

Pod rozwagę.

Dlaczego tak, jak jest, jest źle?

Założenie, że doświadczony programista to mężczyzna (najlepiej heteroseksualny i pozostający w uświęconym sformalizowanym monogamicznym związku) jest tyleż szkodliwe, co nieprawdziwe.

Wspólny mianownik jest tu następujący – wszyscy na tym tracą. Traci branża, w której ciągle brakuje pracowników. Tracą kobiety, spychane do gorzej płatnych zawodów. Tracą mężczyźni, skazywani na pracę w kompletnie sztucznym środowisku.

A może byśmy z tym skończyli?

Co zrobić, żeby było lepiej?

Weryfikować poglądy. Sprawdzać płeć odbiorcy maila.

Wierzyć w siebie.

Mam trochę mieszane uczucia odnośnie akcji zachęcających dziewczyny do kodowania. Wiem, że niektórzy odbierają je jako coś niesprawiedliwego, pytając, dlaczego nie ma takich pomocy dla facetów. W przedsięwzięciach tych nie chodzi jednak o parytety ani zajęcia wyrównawcze, tylko o przekonanie pań, że informatyka jest zawodem także dla nich. Zwłaszcza tych pań, którym wcześniej na różnych etapach edukacji uparcie wmawiano, że tak nie jest.

Oto garść pomocnych linków:

Pełne rozterek niewiasty zapraszam również do kontaktu ze mną.

Oświadczenie A (o pierwszym świecie)

Owszem, poruszam tu problem pierwszego świata. Jednak to, że gdzieś na świecie ludzie mają nieporównywalnie gorzej od nas, nie powinno nikogo powstrzymywać przed dążeniem do perfekcji.

Oświadczenie B (o dobrych chęciach)

Często, kiedy opowiadam którąś z moich wykluczeniowych przygód,  spotykam się z zapewnieniami, że „oskarżana” przeze mnie osoba nie miała złych intencji. Wiem. Wierzę. Ale to nic, naprawdę nic nie zmienia.

Oświadczenie C (o kobietach, którym się to nie przytrafia)

Są kobiety, które twierdzą, że problemu  nie ma. Spotkałam takich kilka – to zdecydowana mniejszość spośród znanych mi programistek. Jak to możliwe? Moim zdaniem albo mają bardzo grubą skórę (zazdroszczę!), albo wyjątkowo przyjazne środowisko pracy, albo (o zgrozo) zgadzają się na status quo i hipotezę, że po prostu mało kobiet nadaje się do naszej pracy.

PS. (o serialu)

A w ogóle, skoro mowa o kobietach-naukowcach, to uwielbiam serial Orphan Black!!! Dostępny na polskim Netfliksie.

PS2. (o „Daj się poznać”)

Być może nie wynika to jednoznacznie z tego wpisu, ale zajęłam 3. (na prawie 300!) miejsce z konkursie Daj się poznać. Jestem z tego niesamowicie dumna.

Wsadźcie sobie w **** ten apostrof

Nadal potrzebna powtórka z poprzedniego bloga. Krótko i do rzeczy.

Apostrof to znak, który w poprawnej polszczyźnie stosowany jest tylko w wyjątkowych okolicznościach, a jednak wylewa się z połowy reklam i ulotek oraz z mojej tablicy na Facebooku (uprzejmie proszę o zwrócenie uwagi na brak apostrofu w ostatnim słowie).

Nie rażą mnie przesadnie typowe dla krótkich internetowych tekstów uproszczenia: brak polskich znaków, skróty, zubożona interpunkcja. Usprawiedliwiają je pośpiech, lenistwo, świadomość ulotności internetowych treści. Nie rozumiem natomiast kompletnie, po co masa podejmuje dodatkowy wysiłek wepchnięcia do tekstu nadmiarowego i niepoprawnego znaku ’.

Postaram się krótko wyjaśnić, kiedy faktycznie należy użyć apostrofu podczas odmiany wyrazów obcojęzycznych, a zwłaszcza obcojęzycznych nazwisk.

Jeśli ktoś nazywa się Adam Nowak, w dopełniaczu użyjemy formy Adama Nowaka. Czy Twoim zdaniem, gdyby Adam Nowak nie był czystej krwi Polakiem, tę odmianę trzeba by zapisać jako Adam’a Nowak’a? Oczywiście, że nie… Skąd w takim razie biorą się potworki takie jak odmiana James’a Bond’a?!

Wbrew pozorom, sprawa jest prosta: apostrofu używamy wtedy, kiedy nazwisko kończy się niewymawianą literą (najczęściej jest to samogłoska e) i intuicyjnej odmiany po prostu nie da się sensownie zapisać po polsku. Apostrofu użyjemy zatem, odmieniając nazwisko Remarque (Remarque’a), ale nie Heller (Hellera).

I TYLE.

Jeśli chcesz podrążyć głębiej, serdecznie zachęcam do zakupu dzieła pod tytułem „Polszczyzna na co dzień”. To nieocenione źródło informacji w wielu przypadkach, w których kończą się kompetencje tradycyjnych słowników.

Na koniec zadanie domowe (dla chętnych). Spróbuj odmienić następujące nazwiska:
house

  1. Sherlock Holmes
  2. Bruce Eckel
  3. Spock
  4. Clark Gable
  5. Alain Resnais

Co łączy Matta T. z Polą D.

Mam w przygotowaniu dwa większe, informatyczne teksty. Pierwszy to „Wieża Babel. Skąd tyle języków programowania?”, oparty na mojej prezentacji z targów Kariera IT. Drugi, „Ciągła integracja: anioł stróż dobrego programisty” jest związany z wykładem, który mam wygłosić w przyszłym tygodniu na UAM. W międzyczasie, zgodnie z zasadą, że dzień bez narzekania jest dniem straconym, dzielę się krótką, prywatną refleksją okołofeministyczną.

Jestem feministką. Złoszczą mnie kobiety, które na samym starcie odżegnują się od tego ruchu, mimo że na co dzień korzystają z praw, które wywalczyły dla nich feministki, sufrażystki, emancypantki. Nie raz słyszałam że przesadzam, że dopatruję się seksizmu tam, gdzie go nie ma. Nawet, że histeryzuję.

Tym bardziej zaskakuje fakt, że natknęłam się ostatnio na aż dwie sytuacje, w których „feminizm” został bezprawnie przywołany jako broń w niesłusznej sprawie.

O co mi chodzi?

Po pierwsze (i mniej ważne): Pola D. w Wyborczej

Zdarza mi się czytać Wyborczą. Bardzo lubię dodatki – Wysokie Obcasy i Duży Format. Wiem, że wydawnictwo bywa stronnicze, ale przekonuje mnie stopień dopracowania artykułów oraz jakość polszczyzny, lepsza niż w większości polskich gazet.

Stosunkowo niedawno wrocławskie wydanie Wyborczej rozpoczęło publikację felietonów malarki Poli Dwurnik, której wiele osób (bez sensu) wypomina bycie córką bardziej znanego polskiego malarza. Felietony są dostępne w Internecie, można przeczytać je tutaj: Śniadanie na Oranienstrasse, czyli czemu Pola wybiera Berlin i tutaj: Noc w Monarch – [POLA DWURNIK Z BERLINA].

Samo założenie tych tekstów jest dość dziwne. Polę zapowiedziano jako Polkę na emigracji, ekspatka. Dla osoby mieszkającej w Poznaniu to nieporozumienie – do Berlina jedzie się stąd nie dłużej niż do Warszawy. W swoich tekstach pisze o tym, dlaczego wybrała Berlin. Pierwszy jest o śniadaniu (które w Poznaniu też można zjeść przez cały dzień, na przykład w Dąbrowskiego 42), drugi o imprezie (na imprezie DJ puszcza Izabelę Trojanowską… w Berlinie).

Nie brzmi groźnie, prawda? Ale groźnie jest.

Felietony są zwyczajnie niedobre. Egzaltowane i banalne. Trudno zrozumieć, jak redaktor z Wyborczej mógł przepuścić je do druku.

Na reakcję czytelników nie trzeba było czekać długo. Najpierw pojawił się tekst Wojciecha Engelkinga Tak żyją artyści, albo beka z Poli Dwurnik. Uderza mocno i bez skrupułów, ale trafnie (zresztą, największą siłę rażenia mają same cytaty ze źródła). Nie dziwię mu się, bo po lekturze mnie również ogarnął lęk o kondycję polskiej prasy. W komentarzach kilka osób się z nim zgodziło, mniej opowiedziało się po stronie artystki (która malować wszakże potrafi!). Ktoś zasugerował, że to prowokacja, literacka wariacja na temat Jersey Shore, do której ludzie mają wracać, by się pośmiać, przy okazji nabijając kieszeń producentom.

Sprawa być może rozeszłaby się po kościach, gdyby nie to, że… Wyborcza wydała oświadczenie, sięgając od razu po największą armatę, czyli feminizm na pohybel seksizmowi. Beka z Poli Dwurnik? Raczej zbiorowa przemoc, głosi tytuł artykułu, w którym autorzy sugerują, że Pola spotkała się z falą „hejtu” za to, że opisała swoje rozwiązłe życie erotyczne. Gdzieś, chociaż albo nie w tym artykule, albo w jego starszej wersji, pojawiło się porównanie do Bukowskiego (sic!), który podobno też opisywał bezeceństwa, ale „zyskał uznanie, bo był facetem”.

Co myślą o Bukowskim i kolegach bohaterowie jednego z moich ulubionych seriali :)
Co myślą o Bukowskim i kolegach bohaterowie jednego z moich ulubionych seriali 🙂

Po drugie (i przełomowe): Matt T. kontra Internet

12 listopada miało miejsce historyczne wydarzenie: po raz pierwszy udało się posadzić sondę kosmiczną na komecie. Co więcej, dokonali tego nie Amerykanie, tylko Europejska Agencja Kosmiczna! Jednym z ojców sukcesu jest doktor Matt Taylor. Niestety, jego moment triumfu został kompletnie przyćmiony przez… koszulę. W telewizji pokazał się, wyglądając tak:

web-dr-taylor
Dr Taylor

Na naukowca posypały się gromy, a jego koszula przez grono pyskatych użytkowników Twittera została okrzyknięta obraźliwą i seksistowską. Jakim cudem w takiej chwili można patrzeć na koszulę – nie wiem. Może po obejrzeniu „Armageddonu” części widzów wydawało się, że lądowanie na komecie już było?

Co właściwie widać na koszuli? Trochę wyprężone, ale bynajmniej nie rozebrane komiksowe bohaterki. W ogromnej liczbie i jaskrawych barwach, które sprawiają, że trzeba mocno wytężyć wzrok, by zobaczyć tam cokolwiek poza samą pstrokatością. Na dodatek, koszulę ręcznie namalowała i podarowała Mattowi… koleżanka.

Internetowe oburzenie było tak gwałtowne, że Matt przeprosił, po czym zniknął z sieci (Twitter nieaktywny od 12 listopada). Przeprosił w chwili życiowego triumfu, zupełnie złamany. Nie linkuję do wideo, bo każde wyświetlenie łamie mi serce. Wszystko to działo się mniej więcej w tym samym czasie, gdy Kim K. w ramach emancypacji pokazała na okładce gołą pupę. Pozwolę sobie pominąć również ten odnośnik.

==========

Piszę o tym, bo w moim odczuciu ani jedna, ani druga sprawa nie ma nic wspólnego z feminizmem (bądź seksizmem). Martwi mnie nadużywanie tego słowa. Widzę tu manipulację, zawiść i zwykłe wciskanie kitu. Niniejszym protestuję 🙂

A Mattowi ciągle jeszcze możecie postawić obiad.

PS. Link do pełnej historii afery koszulowej, po angielsku, podpatrzony na FB mojego kolegi Adama.
PS2. Pełna grafika z nagłówka