Archiwa kategorii: Populizm

„10 sposobów na…” – wpisy lekkie i nie zawsze poważne

W ramach Strajku Kobiet: 5 mitów na temat aborcji

3 października, dzień Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, to zarazem mój pierwszy dzień w nowej pracy. Strajk popieram całym sercem, ale zamierzam stawić się w pracy, bo nie zapracowałam jeszcze na takie zaufanie moich szefów. Próbowałam podpytać dział HR o plany związane ze strajkiem, założywszy (po seksistowsku), że będzie to najbardziej sfeminizowana sekcja firmy. Niestety, HR-y będą tego dnia w zagranicznej delegacji… Być może uda mi się dotrzeć na Plac Mickiewicza w ramach przedłużonej przerwy.

Postanowiłam dołączyć do akcji poprzez, prywatnego w końcu, bloga. Ktoś go przecież (jeszcze) czyta. Dla osób, które nie rozumieją, dlaczego wredne baby nie zgadzają się na proponowane zmiany w prawie, omawiam tu pięć mitów na temat aborcji, z którymi spotykam się najczęściej. Początkowo wybrałam siedem, ale odrzuciłam dwa związane głównie z religią i polityką, bo o fakty tu chodzi, a nie o wiarę i jątrzenie.

1. Istnieją zwolennicy aborcji

To największa bzdura i potężna manipulacja. Kobiety, które w poniedziałek protestują, nie są zwolenniczkami aborcji. Nikt nie jest zwolennikiem aborcji, tak samo jak, przy zachowaniu proporcji, nikt nie jest zwolennikiem amputacji. Żadna kobieta nie zachodzi w ciążę po to, żeby zrobić sobie aborcję. Żaden lekarz nie studiuje medycyny ciesząc się, że będzie usuwał płody albo odpiłowywał ludziom nogi. A jednak są okoliczności, w których taki zabieg jest po prostu najlepszym, jeśli nie jedynym możliwym wyjściem.

Jak większość moich koleżanek i kolegów, jestem zwolenniczką prawa do aborcji, prawa wyboru. Jak większość moich koleżanek i kolegów, mam nadzieję, że nigdy nie stanę wobec tego wyboru i nie będę z tego prawa korzystać.

Autor: Tomek Pastuszka
Autor: Tomek Pastuszka

2. Z każdego zarodka powstaje dziecko

Nie, nie i jeszcze raz nie. Po pierwsze, według badań, nawet 50% ciąż kończy się poronieniem, z czego większość (80%) ma miejsce w pierwszym trymestrze – nierzadko zanim kobieta zorientuje się, że w ogóle jest w ciąży.

Po drugie, zarodki potrafią rozwinąć się w twory niemające zbyt wiele wspólnego z człowiekiem w znanej nam postaci. Z zarodka może na przykład powstać zaśniad groniasty, pięknie opisany na blogu Patolodzy na klatce. Chciałam wrzucić bardzo wymowne zdjęcie takiego „dziecka”, ale widok nie dla każdego byłby znośny (a przecież niektórym rośnie to w środku!), dlatego zostawiam tylko link. Przygoda z zaśniadem może kończyć się nawet chemioterapią.

3. Na miejscu ciężarnej, każdy poświęciłby życie dla (minimalnej szansy) uratowania innego

Z reguły nie wrzucam wszystkich mężczyzn do jednego worka, ale tutaj trzeba. Nie wiadomo, co przyniesie przyszłość, ale do tej pory żaden mężczyzna nie znalazł się jeszcze w sytuacji, w której perspektywa kontynuacji ciąży wiązałaby się z ryzykiem jego śmierci. Z tego powodu uważam za niedopuszczalne, żeby prawem aborcyjnym zajmowali się głównie mężczyźni. Być może część z nich jest gotowa na takie poświęcenie (swoich partnerek i córek).

Ostatnio natknęłam się na świetne rozwinięcie tego tematu. Bo właściwie to istnieje sytuacja, w której każdy człowiek, w tym mężczyzna albo kobieta w wieku niereprodukcyjnym, może oddać albo narazić swoje życie, żeby ratować czyjeś – na przykład oddając swoje organy, by ratować życie dzieci, które urodziły się bez nich. A jednak nie widać kolejek osób chcących oddać płuco albo nerkę, nie wspominając już o sercu. W praktyce problem jest nawet ze szpikiem albo krwią, których oddanie jest o wiele mniej problematyczne.

Jak sądzicie, czy ustawa nakazująca obywatelom obojga płci oddawanie zdublowanych organów do przeszczepu ma szansę przegłosowania w polskim sądzie?

4. Usuwa się dzieci o takim kształcie i wielkości

Kolejna manipulacja to antyaborcyjne grafiki organizacji pro-life, które (o ile nie prezentują krwawych strzępów) pokazują kobietę na oko w dziewiątym miesiącu ciąży i sugerują, że aborcji dokonuje się na tym etapie. Aborcji na późniejszym etapie ciąży można dokonać jedynie, jeśli ciąża zagraża życiu lub zdrowiu kobiety. W przypadku ciąży powstałej w wyniku czynu zabronionego granicą jest 12 tygodni.

12072791_738297619647876_6407113363341519943_n

5. Zakaz aborcji zmniejsza liczbę zgonów i chroni życie

Obecnie w Polsce wykonuje się około tysiąca legalnych aborcji rocznie. Według szacunków zajmujących się tą tematyką organizacji (w zależności od opcji politycznej) aborcji nielegalnych jest od dziesięciu do ponad stu tysięcy rocznie. Do tego dochodzi turystyka aborcyjna do krajów, w których aborcja jest legalna.

Kobieta, która nie chce urodzić dziecka, prawie na pewno tego dziecka nie urodzi. Jeśli nie otrzyma odpowiedniej opieki medycznej, wykona aborcję chałupniczo albo skorzysta z usług niemoralnego szarlatana, ryzykując utratę zdolności reprodukcyjnych a nawet  własnego życia. Taka kobieta – martwa albo z uszkodzoną macicą – więcej obywateli na pewno nie urodzi.

Nie wiem, czy ochotę na kolejne ciąże mają matki, które ktoś zmusił do urodzenia zdeformowanych dzieci z wadami skazującymi je na śmierć kilka dni po porodzie.

Doświadczenia z całego świata uczą bez cienia wątpliwości, że delegalizacja aborcji wcale aborcji nie eliminuje, natomiast naraża życie i zdrowie tysięcy kobiet. W tym temacie polecam nagrodzony Złotą Palmą rumuński film 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni.

Posłowie

Na koniec chcę się jeszcze podzielić refleksją na temat podejścia polskiego społeczeństwa nawet nie tyle do kwestii aborcji, co samej ciąży. Przez ponad 30 lat życia tutaj zdążyłam się zorientować, że dla wielu moich rodaków ciąża to nie jest stan błogosławiony ani stan fizjologiczny, ani nawet jedyna znana metoda przedłużenia gatunku. Ciąża to kara (dla kobiety) za uprawianie seksu. Najłatwiej przekonać się o tym w komunikacji miejskiej, gdzie słaniająca się na nogach ciężarna dowiaduje się od (najczęściej) tłustych starych kobiet, że nie należy się jej miejsce siedzące, bo „nie trzeba się było puszczać”. Zgodnie z tą logiką, aborcja to nic innego, jak łatwy sposób na uniknięcie (boskiej) kary. Wiadomo, żeby szaleć dalej.

PS

Polecam bardzo ciekawy wywiad z ginekologiem Romualdem Dębskim, do którego linkowałam w jednym z usuniętych punktów .

PS2

Dawno nie spotkałam się z taką ilością internetowego mansplainingu, jaką można zaobserwować w fejsbukowych wydarzeniach związanych ze Strajkiem Kobiet. „Dałyście się zmanipulować”, „w międzyczasie rząd przepchnął coś naprawdę ważnego – TTIP i CETA”. Tak, umowy TTIP i CETA są złe i przerażające. Organizujcie ile protestów się da, a ja chętnie się do nich przyłącze. Pozwólcie jednak,  że na pierwszym planie postawię bezpośrednie zagrożenie życia mojego i mojej córki.

PS3

Wyłączyłam komentarze, bo wiem, co potrafi się dziać pod wpisami na ten temat.

Finalistka milczy (pseudowpis statusowy)

Wraz z majem zakończył się konkurs Daj się poznać, w którym z maniakalnym uporem brałam udział od samego początku do samego końca.

Wygląda na to, że dostałam się do ścisłego finału! Lista finalistów jest dostępna tutaj, razem z linkiem do ankiety, w której można oddać na mnie głos. Byłoby mi bardzo miło, gdybym wygrała wypasione krzesło. Głosującym dam w nim posiedzieć i jeszcze podam piwo 😉

Listę moich wpisów konkursowych można znaleźć w poprzednim tekście: Podsumowanie mojego udziału w konkursie „Daj się poznać”.

Przy okazji, krótkie wyjaśnienie, dlaczego nie opublikowałam nic przez ostatni tydzień:

  1. Potrzebowałam chwili odpoczynku. Zaraz wracam. Także z projektem konkursowym, chociaż pierwszy będzie luźniejszy tekst. Roboczy tytuł to „Żony programistów”. Brzmi intrygująco? 🙂
  2. W normalnych okolicznościach jestem zadowolona z dwóch wpisów w miesiącu. Czy obserwowany ostatnio zalew treści nie był męczący także dla Czytelników? Chętnie się dowiem.
  3. Poważnie rozważam zmianę pracy (moje biuro przeniosło się do innego miasta) i biorę udział w 6!!! procesach rekrutacyjnych. Nie mogę się doczekać, żeby podzielić się uniwersalną częścią tych doświadczeń na blogu 🙂
  4. Nadal jestem na urlopie macierzyńskim, ale przyjęłam zleconko. Któremu się napuchło.
  5. Padł mi komputer. Serio. Skoro już i tak uprawiam w tym wpisie prywatę, rozwinę myśl. Wymieniłam właśnie przedpotopową stacjonarkę na laptopa (ThinkPad). W związku z tym przestał mi być potrzebny netbook. Chcę go sprzedać. Jest to lekki, wygodny i szybki Samsung z serii 900X (konkretnie NP900X3C). Oryginalnie z Windows 8, teraz działa na nim (jak marzenie) Linux Mint. Chętnych zapraszam do kontaktu.

Bardzo dziękuję za dotychczasowe wsparcie.

Do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie mojego udziału w konkursie „Daj się poznać”

O co chodzi?

Od początku marca biorę udział w konkursie Daj się poznać, organizowanym przez Macieja z bloga Devstyle. Konkurs oficjalnie kończy się jutro.

Na stronie agregującej blogi zgłoszone do konkursu wyraźnie widać trend podsumowań. Niniejszym do niego dołączam. Pozwolę sobie również przypomnieć tekst, który napisałam na półmetku: Konkurs „Daj się poznać”: status i wrażenia.

#trending
#trending

Jakie były założenia?

Proste! Przez co najmniej 10 tygodni na przestrzeni 3 miesięcy (marzec-maj) należało rozwijać swój projekt open source i blogować na jego temat.

Miara mojego wysiłku w konkursie "Daj się poznać"
Miara mojego wysiłku w konkursie „Daj się poznać”

Wymagania wobec mojego projektu opisałam w pierwszym konkursowym wpisie: Dam się poznać: mój projekt open source.

Z czego jestem zadowolona?

  • Projekt istnieje –  w GitHubie, na blogu, na własnej stronie.
  • Podczas pracy zdążyłam się pobawić mniej więcej połową technologii z mojej listy: Java 8, Spring Boot, Maven, Git/GitHub, MongoDB, chmura Pivotal.
  • Mój blog odwiedziło sporo nowych osób.
  • Konkurs wygenerował materiał w blogosferze, z którego będziemy wspólnie korzystać przez następne miesiące.
  • Nabrałam zapału do pracy – nie mogę się doczekać, aż powiem koleżankom, że mogą już katalogować swoje ciuchy na mojej stronie 🙂
  • Konkurs spowodował znaczny przyrost treści na moim blogu: w tej chwili połowa wpisów to wpisy konkursowe. Sądzę, że większość z nich jest przyzwoitej jakości i może się komuś przydać.
  • Wbrew oczekiwaniom, w czasie trwania konkursu udało mi się napisać kilka tekstów na inny temat, na przykład ten: Ku przestrodze: przygody nadgarstkowe. Aha, no i miałam operację!
  • Osoby, które lubią tu zaglądać z powodu felietonów, w większości nie porzuciły mnie z powodu zalewu treści technicznych. Czasem nawet, na zachętę, coś polubiły.
  • Moje (siedmiomiesięczne dziś) dziecko w międzyczasie nauczyło się raczkować i wstawać. Za każdym razem, kiedy próbowało wkładać do buzi kabel USB podpięty do komputera, udało mi się odciągnąć je w porę 😉

Co mnie zasmuca

  • Wykorzystałam tylko połowę z technologii z mojej listy.
  • W szczególności, o zgrozo i wstydzie, nie mam testów.
  • Projekt nie jest gotowy! Ani przez chwilę nie zakładałam, że będzie, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia.

Co dalej?

Podobno gala z wręczeniem nagród!

A ja powoli wracam do pracy zarobkowej.

Nie zamierzam porzucać projektu, ale na pewno będę blogować o niem trochę rzadziej.

Lista moich wpisów konkursowych

  1. Dam się poznać: mój projekt open source
  2. No i Git! Kontrola wersji służy nie tylko programistom
  3. Git w Eclipse
  4. Git: przedzieram się przez gałęzie
  5. 3.. 2.. 1.. Witaj, Spring Boot!
  6. A więc do tego służy git rebase!
  7. Konkurs „Daj się poznać”: status i wrażenia
  8. Na co komu Maven?
  9. HTML5 na pomoc, czyli Firefox ssie
  10. Odkrywam nową Javę przy okazji dat
  11. Mobilna wersja strony w Spring Boot
  12. Wdrażam moją aplikację (która nadal nic nie robi) w chmurze Pivotal Web Services
  13. Historie komórkowe
  14. Czasami coś idzie nie tak… Moja własna strona błędu
  15. Pozbywam się powtarzalnych fragmentów HTML przy użyciu Thymeleaf
  16. Spring Boot: Bezpieczeństwo 101
  17. Własny formularz logowania Spring Security
  18. Jak zacząć z MongoDB?
  19. MongoDB + Spring Data
  20. Jak zabezpieczyć strony generowane przez Spring Boot Actuator?
  21. Zapisuję dane użytkowników w bazie i robię głupie błędy podczas walidacji formularza
  22. Baza danych w chmurze Pivotal (photo story)
  23. Jak wysłać maila z aplikacji webowej w Javie?
  24. Aktywacja konta poprzez email

 

Konkurs „Daj się poznać”: status i wrażenia

Nawet okazjonalni Czytelnicy mojego bloga z pewnością zdążyli już się zorientować, że obserwowalny od początku miesiąca tajemniczy zalew (głównie technicznych) wpisów jest związany z moim udziałem w programistyczno-blogerskim konkursie Daj się poznać. Dla rozluźnienia atmosfery, w tym przedświątecznym wpisie chciałabym podsumować swoje dotychczasowe wrażenia.

1. Aaaa! Dwa wpisy w tygodniu to za dużo.

Dla czytelników, jak i dla pisarzy.

Wydaje mi się, że „siedząc w domu” na urlopie macierzyńskim (przy innej okazji możemy porozmawiać o tym, ile dokładnie ma to wspólnego z siedzeniem), w tygodniu mam miej więcej tyle samo czasu, co wtedy, kiedy chodziłam na 8-9 godzin do pracy. Dokładając do tego normalnie życie, inne hobby (dowiedziałam się o konkursie krótko po tym, jak zapisałam się na dość intensywny kurs pisarski, o czym pewnie jeszcze wspomnę)… Siadam do projektu obowiązkowe dwa, czasem trzy razy w tygodniu i za każdym razem panikuję, czy wydarzy się coś wartego opowiedzenia.

Cierpię także jako czytelnik cudzych blogów. Konkurs generuje masę cudnych treści (o tym poniżej), z których konsumpcją nie jestem w stanie nadążyć. Zakładam jednak, że większość z nich zostanie w tak zwanej blogosferze i później nadrobię sobie zaległości.

2. Ile ludzi! Ile fajnych projektów!

Maciejowi (pomysłodawcy i organizatorowi konkursu) należą się ogromne brawa za skłonienie takiej masy ludzi do wyjścia ze swoich norek i dzielenia się wiedzą – oraz osobowością. Jestem bardzo ciekawa, ile blogów pozostanie aktywnych po konkursie. Szczerze kibicuję przynajmniej kilku z nich, nawet jeśli, jak wspomniałam powyżej, na razie niespecjalnie nadążam z konsumpcją treści.

3. Ile ludzi! A ile wśród nich… kobiet?

Na stronie z uczestnikami doliczyłam się 296 osób. Imion żeńskich mamy 22 (zakładając, że „Dziewczyna” to również imię żeńskie), co daje nieco ponad 7%. Mało. A z drugiej strony to aż 22 Polki z technicznymi blogami!

4. Slack: doprawdy, za mało mam przeszkadzaczy…

Wśród atrakcji konkursowych pojawił się Slack („ty nowinkarzu” powiedział na wieść o tym mój mąż). Na kilku konkursowych kanałach toczą się zażarte dyskusje. Szczerze mówiąc, mam mieszane uczucia. Z jednej strony sporo tam wartościowego materiału. Z drugiej, przecież ja staram się z całej siły walczyć z odciągaczami uwagi, zwłaszcza tymi, które chcą wyświetlać powiadomienia na moim ekranie! Ostatecznie zaglądam tam maksymalnie raz dziennie, widzę końcówkę dyskusji i czuję się jak nastolatka, którą przez surowych rodziców omija fajna impreza. No trudno.

5. +100 do motywacji.

Zapisując się na konkurs, szukałam przede wszystkim motywacji. Ten cel uznaję, póki co, za zrealizowany. Jeśli chodzi o moje konkursowe podcele, wystawiam sobie następujące oceny:

  • Blogowanie: 100%. Trzymam się konkursowych wymogów i póki co nie wstydzę się żadnego wpisu 🙂
  • Nauka: 90%. O wiele lepiej ogarniam Gita, zaczynam poruszać się w świecie Spring Boot. Poznałam nowy silnik szablonów, Thymeleaf. Jest dobrze, chociaż chciałabym dokładniej zagłębić się w te zagadnienia.
  • Kodowanie: 70%. Blogowanie zżera mi za dużo czasu 🙂 Ale coś się na moim GitHubie dzieje, zatem mamy nieskończenie wielki skok z zera do czegoś namacalnego.

6. Nowi goście na moim blogu

Od kiedy zaczęłam się udzielać konkursowo, na moim blogu (i jego facebookowym fanpage’u) pojawia się więcej komentarzy osób, których nie znam osobiście. Dziękują lub doradzają. To ogromnie budujące. Wzrosła też codzienna liczba wejść na mojego bloga.

7. Starzy goście na moim blogu

Ciągle boję się, że przez zalew technikaliów odejdą ode mnie czytelnicy szukający tu tematów ogólniejszych. Jedyne co mogę zrobić, to obiecać im (Wam) większą różnorodność w przyszłości. Osobą szczególnie poszkodowaną jest mój nauczyciel z kursu pisarskiego, któremu powiedziałam, że staram się na informatycznym blogu uprawiać storytelling. No cóż, ostatnio niezbyt wychodzi. A ja naprawdę lubię pisać, tak po prostu i po polsku 🙂

8. Organizacja konkursu: zbawienne dwa tygodnie przerwy

Jestem bardzo wdzięczna za przewidziane przez regulamin dwa tygodnie przerwy. Konkurs trwa 12 tygodni, blogować trzeba przez 10. W przyszłym tygodniu czeka mnie operacja nadgarstka. Na parę dni rozstanę się z klawiaturą.

Co takiego stało się z moim nadgarstkiem? Otóż ani to (tym razem) cieśń nadgarstka, ani nawet podnoszenie wierzgających 6 kilo. Uparłam się, że wniosę z mężem na piętro zawadzający mi stół z litego drewna. Przedsięwzięcie to trwało około 3 nieprzyjemnych minut i wystarczyło do spowodowania trwałego uszczerbku w postaci zespołu de Quervaina. Ludzie, szanujcie swoje coraz starsze ciała. Dobrze Wam radzę.

stolik
Zabójca nadgarstków

9. Organizacja konkursu: przedwcześnie odkryłam karty

Udział w konkursie wymagał ode mnie poniesienia pewnych kosztów psychicznych. Musiałam wymyślić jakiś projekt. Bałam się, że będzie durny i niewystarczający. Nie potrafiłam przewidzieć, z czym wystąpią inni uczestnicy. Dlatego poczułam się zrobiona w balona, kiedy rejestracja została przedłużona o dwa tygodnie, a zgłoszone wcześniej aplikacje zostały już ujawnione.

10. Organizacja konkursu: wolę merytokrację

Z zasady nie biorę udziału w konkursach, w których o zwycięstwie decyduje liczba polubień. Zdecydowanie wolę konkursy z jury. W tym wypadku nie sprawdziłam zawczasu – szukałam motywacji, nie nagród. W końcu jednak zainteresował mnie sposób wyłaniania zwycięzców. Wyczytałam tyle: „Uczestnicy i Społeczność (Obserwatorzy) dostaną ankietę do wytypowania swoich ulubieńców. Wpływ na to będą mieli również Sponsorzy oferujący swoje dedykowane nagrody. Ja jako Organizator będę interweniował w przypadkach konfliktów/niejasności.” A więc kliki 🙂 No trudno.

Jestem ciekawa wrażeń innych uczestników. Na szczęście łatwo podejrzeć ich posty, może ktoś coś na ten temat napisze 🙂

PS. Blog Macieja zaczęłam obserwować niedługo przed ogłoszeniem konkursu. Ostatnio mam wrażenie, że dzieje się na nim trochę mniej. Czyżby pochłonęła go lektura wpisów prawie 300 podopiecznych? 🙂

PS2. A jak już jesteśmy przy konkursach i nagrodach, to pochwalę się zdobytym w ubiegły weekend medalem. Przebiegłam Maniacką Dziesiątkę! Zajęłam miejsce ok. 4300 na 5000 i jestem z siebie BARDZO dumna. Pomógł mi pan w stroju lisa, który biegł przede mną i utrzymywał równe, rekreacyjne tempo.

2016-03-25 12.58.08
Co jeszcze robię zamiast pisania: Maniacka Dziesiątka

7 klątw programisty

Opisałam ostatnio 7 powodów, dla których warto zostać programist(k)ą. Nadal obstaję przy tym, że warto, jednak dla pełni obrazu zamieszczam uzupełnienie: listę niedogodności, którym na co dzień musimy stawiać czoła.

1. Ciągle jesteś uczniem.

Programowanie to zawód wymagający nieustannego rozwoju. Wspominałam już, że informatyka nie jest moją życiową pasją. Po godzinach pracy wolę zajmować się czymś innym. Jednak od czasu do czasu muszę przeczytać branżową książkę lub czasopismo, albo przejść kurs w portalu Coursera. Języki programowania ewoluują. Jedne zastępują drugie. Warto dbać o to, żeby być na bieżąco.

Podobno istnieje coś takiego jak „expert programmer”, który wszystko wie, ale ja do końca w to nie wierzę 🙂

2. Nic nigdy nie jest gotowe.

Myślę teraz o największych projektach, w które byłam zaangażowana w życiu zawodowym i na uczelni. Wiele godzin planowania, projektowania, implementacji. Terminy znane z góry, a z  reguły i tak przesuwane. A jednak tuż przed wydaniem bądź prezentacją programiści rytmicznie przygryzają ze zdenerwowania wargi i paznokcie, licząc na to, że klient nie wciśnie tej jednej wadliwej kombinacji klawiszy, o której wiadomo, że wysadzi wszystko. Albo tej drugiej.

3. Zabierasz pracę do domu.

Nie chodzi nawet o powyższe. Pomijając czasy studenckie i ewentualnie krótkie okresy przed oficjalnymi wydaniami, zasadniczo nie pracuję po godzinach. Niestety, praca programistyczna ma brzydką tendencję do wychodzenia z biura razem z nami i przypominania o sobie w najmniej pożądanych momentach. Programowanie to rozwiązywanie problemów. Jeżeli do końca dnia jakiegoś problemu nie zdążyłam rozwiązać (a najlepiej jeszcze tego rozwiązania przetestować), to temat ten będzie rozbrzmiewał w tyle (w najlepszym przypadku) mojej głowy. Czasami to dobrze – gdy okazuje się, że podczas snu wszystkie elementy poprzesuwały się na swoje miejsca i rano potrafię naprawić błąd, choć nie włożyłam świadomego wysiłku w te przemyślenia. Jednak rzędy cyfr przelatujące mi przed oczami o trzeciej w (bezsennej) nocy potrafią sprawić, że kwestionuję swój wybór ścieżki zawodowej.

4. Dysproporcje płciowe.

Powiedziano i napisano na ten temat wiele. Ja sama powiedziałam i napisałam wiele, a pewnie wiele jeszcze przede mną. Wersja, której się trzymam, jest następująca: najlepsza jest równowaga. Większe dysproporcje to zarzewie konfliktów, nieważne w którą stronę nie byłaby przechylona szala. Wiem, co mówię: w mojej licealnej klasie kobiet było 80%, w obecnej pracy programistki stanowią na pewno mniej niż 20%.

5. Cudzy kod

No tak… Programowanie to rozwiązywanie problemów. Niestety nierzadko problemem jest totalny chaos w głowie naszego poprzednika. Wycieczki do wnętrza cudzego mózgu bywają męczące, niebezpieczne i mogą przyprawić o szaleństwo. Do tego czasem okazuje się, że to jednak nie był cudzy mózg…

Zainteresowanym polecam także stronę The Daily WTF.

6. Stereotyp informatyka.

Jeszcze w czasie studiów, gdy w jakimś barze potencjalny adorator pytał mnie o kierunek studiów, wiedziałam, że mogę spodziewać się jednej z dwóch najpopularniejszych reakcji:  brzydkiego przekleństwa lub „a nie wyglądasz”.

Teraz wcale nie jest dużo lepiej. Na jednej z imprez konferencyjnych w lokalu, który nie został na tę okazję zamknięty, usłyszałam następującą kwestię: „Wychodzimy, tu są sami informatycy”.

W obecnej chwili nie jest tak źle, ponieważ „kultura geeków” zrobiła się dość popularna. IT Crowd (ekhem, „Technicy-magicy”) i The Big Bang Theory („Teoria wielkiego podrywu”) trochę oswoiły nieznane. A jednak mało który zawód (ksiądz? 🙂 ) narzuca na człowieka taką siatkę stereotypów i oczekiwań. Jako programista uwielbiający muzykę (nie klasyczny metal), literaturę (nie tylko science-fiction) i inne przejawy sztuki odczuwam tę automatyczną klasyfikacją bardzo wyraźnie.

7. Brak dress code w wersji diabelskiej.

Napisałam wcześniej, że jedną z zalet w pracy programisty jest brak tzw. dress code. Mogę przyjść do pracy w jeansach lub sukience, w trampkach lub na obcasach. A jednak ten brak reguł potrafi się zemścić, zwłaszcza latem. Gdyż zdarza mi się oglądać takie oto widoki:
7powodów-edited-klatwa

Po ósme: programista nie nabiera się na spam

… (prawie nigdy!) ponieważ rozumie, jak i po co działają spamerzy. Miało być siedem powodów, żeby zostać programistą, ale dodaję ósmy.

Oto krótka sesja Q&A (pytań i odpowiedzi, a raczej wykrzykników i odkrzykników) dla fejsbukowych niewiniątek:*

Q: Samo się pojawiło! Ja tego nie wrzucałem / nie polubiłem / nie rozsyłałem!
A: Nie, zrobiła to za Ciebie aplikacja, którą własnoręcznie zainstalowałeś na swoim koncie.

 

Q: Nic nie instalowałem!
A: Ależ tak. Za każdym razem, kiedy po kliknięciu w „interesujący” link (z reguły o puszczalskich gimnazjalistkach – serdecznie gratuluję wyboru) musisz zatwierdzić coś w dodatkowym okienku dialogowym („Czy na pewno masz 18 lat?”), ryzykujesz, że w rzeczywistości wyrazisz zgodę na instalację złośliwej aplikacji.

 

Q: Czy to znaczy, że nie należy akceptować komunikatów o ciasteczkach w przeglądarce? Jak je odróżnić?
A: Podstawowa różnica w przypadku komunikatu o ciasteczkach jest taka, że nie uniemożliwia on odczytu treści na stronie.

 

Q: No dobra, może i kliknęłam. Kichając! Co teraz?
A: Teraz odinstaluj aplikację. Wygląda to mniej więcej tak:

  1. Przejdź do Ustawień.
  2. Wybierz Aplikacje.fb2
  3. Przejrzyj listę aplikacji i zastanów się, czy wiesz, dlaczego zainstalowałeś każdą z nich.
  4. Usuń niechciane aplikacje przy użyciu krzyżyka, widocznego po przesunięciu myszką nad logo aplikacji.fb3
  5. Możesz dodatkowo zablokować wybrane aplikacje (np. te, z których nieustannie dostajesz zaproszenia) w menu Blokowanie.fb4

 

Q: Po co spamerzy to robią?
A: Motywacji jest wiele, na przykład takie:

  1. Bezinteresowny trolling.
  2. Chęć pozyskania prywatnych danych użytkowników. Instalując aplikację udostępniasz jej twórcy nie tylko swoje dane, ale także niektóre dane swoich znajomych (szczegółowe ustawienia dotyczące udostępnianych danych znajdziesz również w sekcji Aplikacje).
  3. Bardzo źle pojęta promocja marki.

*a przy okazji ostatnie ostrzeżenie przed usunięciem ze znajomych

7 powodów, dla których warto zostać programist(k)ą

… albo „co lubię w mojej pracy”.

Nie mówcie tego mojemu szefowi, ale… informatyka nie jest moją życiową pasją. To zawód, którego podjęcia ani przez chwilę nie żałuję i do którego wyboru zachęcam, mimo że wieczory wolę poświęcać na rozrywki inne niż czytanie branżowej prasy. Poniżej siedem powodów, dla których moim zdaniem warto zostać programistą.

1. Programowanie jest łamigłówką.

To powód główny i wystarczający. Programowanie, kiedy przedrzesz się już przez techniczne podstawy, sprowadza się do szukania odpowiedzi na następujące pytania:

  • „Jak poukładać elementy, żeby wszystko razem zagrało”?
  • „Dlaczego ten kod nie działa”?
  • „Jakim cudem działa?!”
  • „O co, u licha, chodziło autorowi?”

Jak przy Sudoku, jak Sherlock Holmes 🙂 Ciągła intelektualna stymulacja i ogromna satysfakcja ze znalezienia rozwiązania.

2. Twoi współpracownicy grzeszą inteligencją.

Nie wszyscy programiści są fajni, oj nie. Jak w każdej grupie zawodowej, w tej także znajdziesz emocjonalnych popaprańców, twardogłowych szowinistów, fanów zatrważająco złej muzyki upierających się tą muzyką dzielić. Spotkasz też sporo altruistów, ludzi kreatywnych, prawdziwych pasjonatów. Różni ich wiele, ale możesz mieć pewność co do jednego: nie spotkasz wśród nich kompletnych idiotów. Inteligencja wiedzie prym wśród nie tak znowu licznych warunków koniecznych do wykonywania tego zawodu.

Kiedy słyszę opowieści o biurowych konfrontacjach znajomych z innych branż, często gratuluję sobie wyboru środowiska. Może być niemiło, ale rzadko kiedy jest naprawdę głupio.

Oczywiście spotkania z klientami to zupełnie inna para kaloszy 🙂

3. Java to nowa lingua franca.

Języki programowania są międzynarodowe. Kod w Javie, Haskellu, C++ wygląda tak samo niezależnie od tego, w jakim kraju powstał.

No dobra, powinien wyglądać tak samo… Czasami zdarzają się kwiatki w postaci komentarzy pisanych cyrylicą. Wiemy też, że jedne kraje bardziej niż inne słyną z produkowania tzw. spaghetti code.

Tak czy inaczej, wiedza programistyczna – znajomość języków, wzorców projektowych, dobrych praktyk – jest całkowicie uniwersalna. Zadziała w każdym kraju, w którym zamarzy Ci się podjąć pracę.

Dodatkowo, informatycy w różnych miejscach świata napotykają dokładnie te same problemy, dzięki czemu w większości przypadków można założyć, że ktoś gdzieś (czyli w Internecie) już opisał działające rozwiązanie. A to z kolei przypomina mi czarny dzień, w którym portal Stack Overflow zablokował dostęp pracownikom z mojego biura, mylnie interpretując liczbę wejść z tego samego adresu IP jako atak DoS. Ręka w górę, kto dziś potrafi  programować bez wsparcia tej strony.

4. Ekstrawertyk czy mizantrop: każdy znajdzie dla siebie miejsce.

Rynek pracy dla programistów jest bardzo elastyczny. Nie znosisz ludzi – możesz pracować zdalnie i uniknąć oglądania znienawidzonych obcych gąb. Podoba Ci się biurowe życie – proszę bardzo, nic łatwiejszego. Potrzebujesz dużo interakcji – odnajdziesz się na przykład w roli Scrum Mastera (tutaj Publiczność zagląda mi przez ramię i marudzi, że Scrum Master to nie programista). Jesteś ekstrawertykiem – wiele firm gorąco zachęca pracowników do występowania na branżowych konferencjach i krzewienia pomysłów oraz misji pracodawcy („ewangelizacja”).

5. Zarobki są przyzwoite.

Taka prawda. Vide raport pracuj.pl.

6. Informatyka wykończy wszystkie zawody, zanim zabraknie pracy dla nas.

To stosunkowo niezręczny temat. Czasami czuję się przez to jak czarny charakter z pozytywistycznej powieści. Tak jak przemysłowe linie produkcyjne doprowadziły do bankructwa drobnych rzemieślników, tak postęp algorytmiczno-wydajnościowy zaczyna zagrażać zawodom zaliczanym do umysłowych czy wręcz inteligenckich. Nie wiem, dokąd to nas zaprowadzi – może wreszcie do utopijnej rzeczywistości pracy po 3 godziny dziennie? Jedno wiem na pewno – najpierw wykończymy wszystkich innych, dopiero potem to my zostaniemy bez pracy.

7. Koszula w kratę i kapcie na nogach.

Programistów bardzo rzadko obowiązuje dress code! Co oczywiście ma swoje dobre (wygoda) i złe (cudze owłosione palce u stóp) strony. Wśród moich znajomych znam tylko jeden egzemplarz zobowiązany do chodzenia do pracy w garniturze, w reprezentacyjnej siedzibie międzynarodowego banku. Zresztą całkiem mu w nim do twarzy.

===

Dla równowagi (i zabawy), w przyszłym tygodniu przestawię również siedem kontrpowodów 😉