Archiwa tagu: Feminizm

Poznań, 2014: o tym jak napisałam do „Wysokich Obcasów” i dlaczego kobiety nie zmieniają pracy

W najbliższym czasie na moim blogu, gdzieś pomiędzy Scalą, pojawi się kilka tekstów na temat kobiet i, w szczególności, matek w IT. Znów inspirują mnie do tego okoliczności. Zanim poskładam te teksty, chciałabym podzielić się z Wami listem, który dawno temu (2014) wysłałam do redakcji „Wysokich Obcasów” w odpowiedzi na ich apel o przedstawienie „problemów współczesnych kobiet”. Rozwinęło się to w fajną przygodę: dwie miłe panie reporterki odwiedziły mnie w domu i użyły moich opowieści w jednym z reportaży. Na tyle skutecznie, że mimo że nie podałam nazwiska ani nazwy pracodawcy, kilkoro przyjaciół zorientowało się, że to ja.

Poniżej minimalnie tylko zredagowany list. Plus kilka współczesnych refleksji na końcu.

Poznań, 8 maja 2014

Wiele razy piętnowałam, prywatnie i publicznie, przejawy dyskryminacji zarówno w miejscu pracy [1 – uzupełniające cytaty poniżej], jak i na drodze, która w to miejsce prowadzi [2]. Tyle razy wdałam się w dysputy na firmowych zebraniach [3], tyle razy tłumaczyłam, dlaczego kobiety nie wybierają studiów technicznych [4], tyle razy byłam zapraszana na debaty na ten temat – że ostatnio, przez chwilę, wydawało mi się, że wszystko zostało powiedziane i nie ma już o czym rozmawiać.

Poświęciłam chwilę na refleksję nad Waszym apelem o wskazanie bolączek współczesnych kobiet. Bolączka, którą rozstrząsam właściwie codziennie, która w dużej mierze definiuje może życie zawodowe i prywatne.

Jest tak:

Mam trochę ponad 30 lat, męża, doktorat, dobrą pracę w dziale badawczym międzynarodowej firmy. Mnóstwo ofert pracy, w tym od gigantów w mojej dziedzinie. Obserwuję (z sympatią)
kolegów ze studiów, którzy podążają za każdą korzystniejszą lub umożliwiająca lepszy rozwój ofertą. Koleżanki z reguły pracują w jednej firmie znacznie dłużej; spora część z nich prowadzi (dobrze prosperujące) malutkie firmy z własnego domu. Sama, podobnie jak one, czuję, że zawodowe skakanie z kwiatka na kwiatek nie jest dostępną dla mnie opcją.

Dlaczego? Ponieważ jestem kobietą i kiedyś (a teraz już bliżej niż dalej) prawdopodobnie będę chciała mieć dziecko.

Nie, nie boję się, że stracę pracę pierwszego dnia po powrocie i zostanę na lodzie z małym dzieckiem. W moim zawodzie ciągle pracy jest więcej niż przyzwoitych fachowców. Rozmowy kwalifikacyjne to akurat jedna z nielicznych sytuacji, w których nigdy nie odczułam, by moja płeć miała znaczenie. Irytuje mnie to, że kiedy znajomi faceci są u szczytu kariery
zawodowej, przebierają w ofertach i pną się w górę (zgodnie z zasadą, że nigdzie nie awansują cię tak szybko, jak wtedy, gdy jedna firma podkrada cię drugiej) – ja ciągle mam skrupuły. Bo przecież za chwilę mogę chcieć być w ciąży.

Z ciążą problem jest następujący – wymaga zniknięcia z pracy na dobrych kilka miesięcy. Głupio by było po trzech miesiącach w nowym miejscu pójść na zwolnienie z powodu zagrożonej ciąży i pojawić się ponownie po kolejnym roku, gdy nikt nie będzie już pamiętał, skąd się wzięłam. Prawda? Mogłoby to utwierdzić pracodawcę w przekonaniu, że kobietom
tylko to (wynagrodzenie na chorobowym/macierzyńskim) w głowie. Zatem pracuję pilnie kolejny rok, starając się pokazać przełożonemu, że w razie czego warto te kilka miesięcy na mnie poczekać. Wszystko na zapas, gdy nawet nie zaczęliśmy z mężem starań o to dziecko. Gdy wiem, że takie starania mogą trwać latami lub w ogóle zakończyć się niepowodzeniem.

Trudno nazwać to niesprawiedliwością. Brak tu złej woli z czyjejkolwiek strony. To miejsce, w którym pokonuje mnie sama biologia. Zaczynam myśleć, że niedobór kobiet na najwyższych, eksponowanych stanowiskach i w zarządach niekoniecznie wiąże się z seksizmem i dyskryminacją (bo to, że nie wiąże się z mniejszymi zdolnościami kobiet, jest dla mnie oczywiste). Kobiety „same” się eliminują – w najbardziej produktywnym wieku, w momencie najlepszym na nawiązywanie kontaktów, prezentowanie profesjonalizmu, pięcie się w górę – one „produkują” dzieci, lub panikują na ten temat.

No i co z tym zrobić? 🙂

J.

[1] „Wow, jeszcze nigdy nie widziałem, żeby kobieta to potrafiła!”
[2] „Dzisiaj będziemy omawiać geometrię przestrzenną. Z mojego
doświadczenia wynika, że chłopcy radzą sobie z tym lepiej, niż dziewczynki”.
[3] „O co ci chodzi, nie ma nic złego w tym, że kobiety lepiej się znają
na kolorach”.
[4] „Studiuj na politechnice, twój mąż już tu jest”.

 

Od czasu napisania tego listu sporo się u mnie pozmieniało. Mam dwójkę dzieci i nowego pracodawcę (którego bardzo sobie chwalę, ale o tym w następnym tekście). Jeśli chodzi o kwestie poruszone w powyższym tekście, mam dwie gorzkie anegdoty:

  1. Zdecydowałam się na ciążę 2 latach pracy w jednym miejscu. Byłam już w zaawansowanej ciąży, kiedy firma podjęła decyzję o likwidacji (relokacji) poznańskiego biura. Nie miałam dokąd wracać… Chociaż muszę przyznać, że cała historia skończyła się dla mnie bardzo korzystnie.
  2. W nowym miejscu, trochę pamiętna tamtych doświadczeń, trochę wstrząśnięta falą zwolnień, a trochę zgodnie z zasadą „życie>praca” podjęłam decyzje o ciąży po 5 miesiącach. Pracowałam aktywnie do 7 miesiąca ciąży, mimo że czułam się podle – ci, którzy znają mnie osobiście, wiedzą jak bardzo. Dość powiedzieć, że układ kafelków na podłodze w firmowej toalecie dla inwalidów znów mam wyryty w mózgu po wsze czasy (za pierwszym razem było tak samo). No i i tak spotkałam się z komentarzem, z ust kobiety – „a ta tak krótko pracuje i już na zwolnieniu”.

Na koniec jeszcze oświadczenie: zdaję sobie sprawę, że opisuję tzw. problemy pierwszego świata i wiem, na jak uprzywilejowanej pozycji jestem, nie tylko z powodu własnych zasług.

W ramach Strajku Kobiet: 5 mitów na temat aborcji

3 października, dzień Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, to zarazem mój pierwszy dzień w nowej pracy. Strajk popieram całym sercem, ale zamierzam stawić się w pracy, bo nie zapracowałam jeszcze na takie zaufanie moich szefów. Próbowałam podpytać dział HR o plany związane ze strajkiem, założywszy (po seksistowsku), że będzie to najbardziej sfeminizowana sekcja firmy. Niestety, HR-y będą tego dnia w zagranicznej delegacji… Być może uda mi się dotrzeć na Plac Mickiewicza w ramach przedłużonej przerwy.

Postanowiłam dołączyć do akcji poprzez, prywatnego w końcu, bloga. Ktoś go przecież (jeszcze) czyta. Dla osób, które nie rozumieją, dlaczego wredne baby nie zgadzają się na proponowane zmiany w prawie, omawiam tu pięć mitów na temat aborcji, z którymi spotykam się najczęściej. Początkowo wybrałam siedem, ale odrzuciłam dwa związane głównie z religią i polityką, bo o fakty tu chodzi, a nie o wiarę i jątrzenie.

1. Istnieją zwolennicy aborcji

To największa bzdura i potężna manipulacja. Kobiety, które w poniedziałek protestują, nie są zwolenniczkami aborcji. Nikt nie jest zwolennikiem aborcji, tak samo jak, przy zachowaniu proporcji, nikt nie jest zwolennikiem amputacji. Żadna kobieta nie zachodzi w ciążę po to, żeby zrobić sobie aborcję. Żaden lekarz nie studiuje medycyny ciesząc się, że będzie usuwał płody albo odpiłowywał ludziom nogi. A jednak są okoliczności, w których taki zabieg jest po prostu najlepszym, jeśli nie jedynym możliwym wyjściem.

Jak większość moich koleżanek i kolegów, jestem zwolenniczką prawa do aborcji, prawa wyboru. Jak większość moich koleżanek i kolegów, mam nadzieję, że nigdy nie stanę wobec tego wyboru i nie będę z tego prawa korzystać.

Autor: Tomek Pastuszka
Autor: Tomek Pastuszka

2. Z każdego zarodka powstaje dziecko

Nie, nie i jeszcze raz nie. Po pierwsze, według badań, nawet 50% ciąż kończy się poronieniem, z czego większość (80%) ma miejsce w pierwszym trymestrze – nierzadko zanim kobieta zorientuje się, że w ogóle jest w ciąży.

Po drugie, zarodki potrafią rozwinąć się w twory niemające zbyt wiele wspólnego z człowiekiem w znanej nam postaci. Z zarodka może na przykład powstać zaśniad groniasty, pięknie opisany na blogu Patolodzy na klatce. Chciałam wrzucić bardzo wymowne zdjęcie takiego „dziecka”, ale widok nie dla każdego byłby znośny (a przecież niektórym rośnie to w środku!), dlatego zostawiam tylko link. Przygoda z zaśniadem może kończyć się nawet chemioterapią.

3. Na miejscu ciężarnej, każdy poświęciłby życie dla (minimalnej szansy) uratowania innego

Z reguły nie wrzucam wszystkich mężczyzn do jednego worka, ale tutaj trzeba. Nie wiadomo, co przyniesie przyszłość, ale do tej pory żaden mężczyzna nie znalazł się jeszcze w sytuacji, w której perspektywa kontynuacji ciąży wiązałaby się z ryzykiem jego śmierci. Z tego powodu uważam za niedopuszczalne, żeby prawem aborcyjnym zajmowali się głównie mężczyźni. Być może część z nich jest gotowa na takie poświęcenie (swoich partnerek i córek).

Ostatnio natknęłam się na świetne rozwinięcie tego tematu. Bo właściwie to istnieje sytuacja, w której każdy człowiek, w tym mężczyzna albo kobieta w wieku niereprodukcyjnym, może oddać albo narazić swoje życie, żeby ratować czyjeś – na przykład oddając swoje organy, by ratować życie dzieci, które urodziły się bez nich. A jednak nie widać kolejek osób chcących oddać płuco albo nerkę, nie wspominając już o sercu. W praktyce problem jest nawet ze szpikiem albo krwią, których oddanie jest o wiele mniej problematyczne.

Jak sądzicie, czy ustawa nakazująca obywatelom obojga płci oddawanie zdublowanych organów do przeszczepu ma szansę przegłosowania w polskim sejmie?

4. Usuwa się dzieci o takim kształcie i wielkości

Kolejna manipulacja to antyaborcyjne grafiki organizacji pro-life, które (o ile nie prezentują krwawych strzępów) pokazują kobietę na oko w dziewiątym miesiącu ciąży i sugerują, że aborcji dokonuje się na tym etapie. Aborcji na późniejszym etapie ciąży można dokonać jedynie, jeśli ciąża zagraża życiu lub zdrowiu kobiety. W przypadku ciąży powstałej w wyniku czynu zabronionego granicą jest 12 tygodni.

12072791_738297619647876_6407113363341519943_n

5. Zakaz aborcji zmniejsza liczbę zgonów i chroni życie

Obecnie w Polsce wykonuje się około tysiąca legalnych aborcji rocznie. Według szacunków zajmujących się tą tematyką organizacji (w zależności od opcji politycznej) aborcji nielegalnych jest od dziesięciu do ponad stu tysięcy rocznie. Do tego dochodzi turystyka aborcyjna do krajów, w których aborcja jest legalna.

Kobieta, która nie chce urodzić dziecka, prawie na pewno tego dziecka nie urodzi. Jeśli nie otrzyma odpowiedniej opieki medycznej, wykona aborcję chałupniczo albo skorzysta z usług niemoralnego szarlatana, ryzykując utratę zdolności reprodukcyjnych a nawet  własnego życia. Taka kobieta – martwa albo z uszkodzoną macicą – więcej obywateli na pewno nie urodzi.

Nie wiem, czy ochotę na kolejne ciąże mają matki, które ktoś zmusił do urodzenia zdeformowanych dzieci z wadami skazującymi je na śmierć kilka dni po porodzie.

Doświadczenia z całego świata uczą bez cienia wątpliwości, że delegalizacja aborcji wcale aborcji nie eliminuje, natomiast naraża życie i zdrowie tysięcy kobiet. W tym temacie polecam nagrodzony Złotą Palmą rumuński film 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni.

Posłowie

Na koniec chcę się jeszcze podzielić refleksją na temat podejścia polskiego społeczeństwa nawet nie tyle do kwestii aborcji, co samej ciąży. Przez ponad 30 lat życia tutaj zdążyłam się zorientować, że dla wielu moich rodaków ciąża to nie jest stan błogosławiony ani stan fizjologiczny, ani nawet jedyna znana metoda przedłużenia gatunku. Ciąża to kara (dla kobiety) za uprawianie seksu. Najłatwiej przekonać się o tym w komunikacji miejskiej, gdzie słaniająca się na nogach ciężarna dowiaduje się od (najczęściej) tłustych starych kobiet, że nie należy się jej miejsce siedzące, bo „nie trzeba się było puszczać”. Zgodnie z tą logiką, aborcja to nic innego, jak łatwy sposób na uniknięcie (boskiej) kary. Wiadomo, żeby szaleć dalej.

PS

Polecam bardzo ciekawy wywiad z ginekologiem Romualdem Dębskim, do którego linkowałam w jednym z usuniętych punktów .

PS2

Dawno nie spotkałam się z taką ilością internetowego mansplainingu, jaką można zaobserwować w fejsbukowych wydarzeniach związanych ze Strajkiem Kobiet. „Dałyście się zmanipulować”, „w międzyczasie rząd przepchnął coś naprawdę ważnego – TTIP i CETA”. Tak, umowy TTIP i CETA są złe i przerażające. Organizujcie ile protestów się da, a ja chętnie się do nich przyłącze. Pozwólcie jednak,  że na pierwszym planie postawię bezpośrednie zagrożenie życia mojego i mojej córki.

PS3

Wyłączyłam komentarze, bo wiem, co potrafi się dziać pod wpisami na ten temat.

Programiści i ich żony

Dawno nie było tu tyrad równościowych. Spieszę naprawić ten karygodny błąd! Uprzedzam od razu, że będzie dość osobiście.

W mrokach dziejów (na starym blogu)

Na moim poprzednim blogu sporo było uniesień. Dokładniej, to ja sporo się unosiłam 🙂 Było mi to wtedy potrzebne – zaczynając pracę w zdominowanym przez facetów zawodzie czułam się dość osamotniona. Dużo rzeczy mnie zaskakiwało i nie zawsze potrafiłam w porę reagować. Zdarzyło mi się, przyznaję, ronić łzy w firmowej toalecie. Pierwszy raz po (nie)sławnej przygodzie z quasiprogramistą… Ale to materiał na zupełnie inną historię. W każdym razie, w tamtych czasach blog pełnił dla mnie (między innymi) rolę wentyla bezpieczeństwa.

Dzisiaj (ku słońcu)

Wiele się od tego zmieniło. Po pierwsze, odkryłam, i bardzo mnie to uspokoiło, że nie jestem ani osamotniona, ani wyjątkowa. Programujących kobiet są miliony. Wiele z nich poznałam i wiele mnie inspiruje: Jessica z Abstractivate, dziewczyny z Daj się poznać (trzy spośród siedmiorga zwycięzców to kobiety), moja uzależniona od Coursery przyjaciółka Ewa, Trisha Gee., Ta ostatnia zaskoczyłą mnie kiedyś (na GeeConie) tym, że nie chciała rozmawiać o kobietach w IT. Dopiero niedawno  zrozumiałam, dlaczego, a przynajmniej tak mi się wydaje: bo kobiety nie są ułomkami i nie potrzebują specjalnego traktowania.

Po drugie, trochę wbrew kulturze i wychowaniu, nauczyłam się wreszcie asertywności. W obliczu seksistowskich uwag i nierównego traktowania, reaguję. Uprzejmie i konstruktywnie, ale ze świadomością, że upomniana osoba prawdopodobnie i tak zachowa urazę.  Zazdroszczę osobom, które w takich sytuacjach potrafią rozładować sytuację humorem. To ważny sprzymierzeniec, ale ja po przejściu w tryb obrońcy kobiecej robię się śmiertelnie poważna.

Po trzecie, po paru latach pracy w docenianym i opartym na umiejętnościach zawodzie człowiek nabiera wreszcie pewności siebie.

W związku z tym, w nowym miejscu narzekania prawie na uświadczycie. Nie znaczy to jednak, że wszystko jest w idealnym porządku i że nic nie wyprowadza mnie z równowagi. Kobiet w zawodzie nadal jest za mało (nie twierdzę, że ma być połowa, ale 5%  pewnością nie odwzorowuje rzeczywistego rozkładu predyspozycji) i nie jest to przypadek. Najbardziej martwią mnie   drobne korekty kursu, którym poddawane są kobiety (a jeszcze częściej dziewczynki) utalentowane w dyscyplinach ścisłych. „Chłopcy z reguły lepiej radzą sobie z geometrią”, żart o śwince morskiej (nie cytuję, bo jest durny, a i tak wszyscy go znają), sekcja z zabawkami „dla dziewczynek”… I potencjalna programistka zostaje nauczycielką w klasach 1-3. Z całym szacunkiem dla tych drugich.

Do rzeczy (a stereotypy się obalą, obalą)

Stereotypy to utarte wzorce, którymi posługuje się nasz mózg, by nie przekroczyć dostępnej mocy obliczeniowej. Są potrzebne. Niejednokrotnie ratowały naszym przodkom tyłki oraz pozostałe części ciała. Wobec wystającego zza krzaka pasiastego ogona, nagradzaną przez ewolucję strategią była natychmiastowa ucieczka. Czcigodny przodek nie miał czasu na gdybanie, czy może w danym wypadku nie am do czynienia z krwiożerczym tygrysem, tylko większą wiewiórką, która upaprała w błocie tylną część ciała. Pasiasty ogon = tygrys = ucieczka.

Stereotypy są niezbędne, dlatego nie widzę nic strasznego w tym, że na hasło „informatyk” przed oczami wielu pojawiają się panowie z IT Crowd. To miłe i ważne, kiedy Lego wypuszcza zestawy z kobietami-naukowcami, ale nie będę strofować swojego dziecka, jeśli narysuje szalonego naukowca lub górnika płci zgodnej z rodzajem gramatycznym.

Jest jednak granica i w tym wypadku widzę ją tam, gdzie kolejna napotkana osoba w rozmowie ze mną bez cienia refleksji i poczucia obciachu zakłada, że programista musi mieć żonę.

Jak jest?

W środowisku biznesowym powinno być oczywiste (dla wszystkich: działów HR, menedżerów, organizatorów szkoleń), że stereotyp to jedno, a życie (i korzyść finansowa) to zupełnie inna sprawa. Wygląda na to, że oczywiste to jednak ne jest. Z tej okazji dzisiaj chcę podzielić się  wspomnieniami kilku sytuacji, które ostatnio przyprawiły mnie o ból głowy.

W pracy
W pracy

Studium przypadku 1: oferty pracy

Dostaję czase oferty pracy, która wyglądają mniej więcej tak:

„Pani Justyno!

Chcielibyśmy zaproponować Panu…
Jeśli jest Pan zainteresowany…”

Koleżanko, skusiłabyś się na taką ofertę?

Przynajmniej jeden z tych tekstów został wysłany przez rekrutera płci męskiej – pana od HR. Ironia odbiła się od ściany jak groch.

Studium przypadku 2: podatki

Raz na jakiś czas przekraczam próg podatkowy. Ostatnim razem odebrałam maila od działu finansowego, w którym informowano mnie życzliwie, że mogę uniknąć podwyższenia podatku, jeśli rozliczę się z żoną.

No tak. Skoro zarabiam stosunkowo dużo, to pewnie jestem facetem i imię nie ma tu nic do rzeczy. Moja żona pewnie zarabia mniej (hello!), więc razem tego progu nie przekroczymy. Podpisane przez miłą panią z działu finansowego.  Ile wysiłku potrzeba, żeby w szablonie maila wyraz „żona” zamienić na neutralnego „małżonka”?

Studium przypadku 3: blogowanie

Należę do pewnej grupy wsparcia prelegentów i blogerów IT. Ostatnio pojawił się w niej taki oto post:

Jak udaje wam się godzić pasję z obowiązkami wobec żony i rodziny?

Problemów, a może warstw problemów, widzę tu  kilka. Czy w przypadku IT ja sama w ogóle mogę mówić o pasji? Czy ktoś, kto traktuje żonę jak obowiązek, powinien wchodzić w związek małżeński? Ale przede wszystkim: O co, u licha, chodzi z tą żoną? Dlaczego w domyśle żona informatyka ona nie ma pasji? Dlaczego ja, jako bloger i okazjonalny prelegent, jestem wykluczana z dyskusji z racji nieposiadania żony? Dodam jeszcze, że lista członków grupy jest jawna. Łatwo sprawdzić, ile wśród nich kobiet.

Pod rozwagę.

Dlaczego tak, jak jest, jest źle?

Założenie, że doświadczony programista to mężczyzna (najlepiej heteroseksualny i pozostający w uświęconym sformalizowanym monogamicznym związku) jest tyleż szkodliwe, co nieprawdziwe.

Wspólny mianownik jest tu następujący – wszyscy na tym tracą. Traci branża, w której ciągle brakuje pracowników. Tracą kobiety, spychane do gorzej płatnych zawodów. Tracą mężczyźni, skazywani na pracę w kompletnie sztucznym środowisku.

A może byśmy z tym skończyli?

Co zrobić, żeby było lepiej?

Weryfikować poglądy. Sprawdzać płeć odbiorcy maila.

Wierzyć w siebie.

Mam trochę mieszane uczucia odnośnie akcji zachęcających dziewczyny do kodowania. Wiem, że niektórzy odbierają je jako coś niesprawiedliwego, pytając, dlaczego nie ma takich pomocy dla facetów. W przedsięwzięciach tych nie chodzi jednak o parytety ani zajęcia wyrównawcze, tylko o przekonanie pań, że informatyka jest zawodem także dla nich. Zwłaszcza tych pań, którym wcześniej na różnych etapach edukacji uparcie wmawiano, że tak nie jest.

Oto garść pomocnych linków:

Pełne rozterek niewiasty zapraszam również do kontaktu ze mną.

Oświadczenie A (o pierwszym świecie)

Owszem, poruszam tu problem pierwszego świata. Jednak to, że gdzieś na świecie ludzie mają nieporównywalnie gorzej od nas, nie powinno nikogo powstrzymywać przed dążeniem do perfekcji.

Oświadczenie B (o dobrych chęciach)

Często, kiedy opowiadam którąś z moich wykluczeniowych przygód,  spotykam się z zapewnieniami, że „oskarżana” przeze mnie osoba nie miała złych intencji. Wiem. Wierzę. Ale to nic, naprawdę nic nie zmienia.

Oświadczenie C (o kobietach, którym się to nie przytrafia)

Są kobiety, które twierdzą, że problemu  nie ma. Spotkałam takich kilka – to zdecydowana mniejszość spośród znanych mi programistek. Jak to możliwe? Moim zdaniem albo mają bardzo grubą skórę (zazdroszczę!), albo wyjątkowo przyjazne środowisko pracy, albo (o zgrozo) zgadzają się na status quo i hipotezę, że po prostu mało kobiet nadaje się do naszej pracy.

PS. (o serialu)

A w ogóle, skoro mowa o kobietach-naukowcach, to uwielbiam serial Orphan Black!!! Dostępny na polskim Netfliksie.

PS2. (o „Daj się poznać”)

Być może nie wynika to jednoznacznie z tego wpisu, ale zajęłam 3. (na prawie 300!) miejsce z konkursie Daj się poznać. Jestem z tego niesamowicie dumna.

Co łączy Matta T. z Polą D.

Mam w przygotowaniu dwa większe, informatyczne teksty. Pierwszy to „Wieża Babel. Skąd tyle języków programowania?”, oparty na mojej prezentacji z targów Kariera IT. Drugi, „Ciągła integracja: anioł stróż dobrego programisty” jest związany z wykładem, który mam wygłosić w przyszłym tygodniu na UAM. W międzyczasie, zgodnie z zasadą, że dzień bez narzekania jest dniem straconym, dzielę się krótką, prywatną refleksją okołofeministyczną.

Jestem feministką. Złoszczą mnie kobiety, które na samym starcie odżegnują się od tego ruchu, mimo że na co dzień korzystają z praw, które wywalczyły dla nich feministki, sufrażystki, emancypantki. Nie raz słyszałam że przesadzam, że dopatruję się seksizmu tam, gdzie go nie ma. Nawet, że histeryzuję.

Tym bardziej zaskakuje fakt, że natknęłam się ostatnio na aż dwie sytuacje, w których „feminizm” został bezprawnie przywołany jako broń w niesłusznej sprawie.

O co mi chodzi?

Po pierwsze (i mniej ważne): Pola D. w Wyborczej

Zdarza mi się czytać Wyborczą. Bardzo lubię dodatki – Wysokie Obcasy i Duży Format. Wiem, że wydawnictwo bywa stronnicze, ale przekonuje mnie stopień dopracowania artykułów oraz jakość polszczyzny, lepsza niż w większości polskich gazet.

Stosunkowo niedawno wrocławskie wydanie Wyborczej rozpoczęło publikację felietonów malarki Poli Dwurnik, której wiele osób (bez sensu) wypomina bycie córką bardziej znanego polskiego malarza. Felietony są dostępne w Internecie, można przeczytać je tutaj: Śniadanie na Oranienstrasse, czyli czemu Pola wybiera Berlin i tutaj: Noc w Monarch – [POLA DWURNIK Z BERLINA].

Samo założenie tych tekstów jest dość dziwne. Polę zapowiedziano jako Polkę na emigracji, ekspatka. Dla osoby mieszkającej w Poznaniu to nieporozumienie – do Berlina jedzie się stąd nie dłużej niż do Warszawy. W swoich tekstach pisze o tym, dlaczego wybrała Berlin. Pierwszy jest o śniadaniu (które w Poznaniu też można zjeść przez cały dzień, na przykład w Dąbrowskiego 42), drugi o imprezie (na imprezie DJ puszcza Izabelę Trojanowską… w Berlinie).

Nie brzmi groźnie, prawda? Ale groźnie jest.

Felietony są zwyczajnie niedobre. Egzaltowane i banalne. Trudno zrozumieć, jak redaktor z Wyborczej mógł przepuścić je do druku.

Na reakcję czytelników nie trzeba było czekać długo. Najpierw pojawił się tekst Wojciecha Engelkinga Tak żyją artyści, albo beka z Poli Dwurnik. Uderza mocno i bez skrupułów, ale trafnie (zresztą, największą siłę rażenia mają same cytaty ze źródła). Nie dziwię mu się, bo po lekturze mnie również ogarnął lęk o kondycję polskiej prasy. W komentarzach kilka osób się z nim zgodziło, mniej opowiedziało się po stronie artystki (która malować wszakże potrafi!). Ktoś zasugerował, że to prowokacja, literacka wariacja na temat Jersey Shore, do której ludzie mają wracać, by się pośmiać, przy okazji nabijając kieszeń producentom.

Sprawa być może rozeszłaby się po kościach, gdyby nie to, że… Wyborcza wydała oświadczenie, sięgając od razu po największą armatę, czyli feminizm na pohybel seksizmowi. Beka z Poli Dwurnik? Raczej zbiorowa przemoc, głosi tytuł artykułu, w którym autorzy sugerują, że Pola spotkała się z falą „hejtu” za to, że opisała swoje rozwiązłe życie erotyczne. Gdzieś, chociaż albo nie w tym artykule, albo w jego starszej wersji, pojawiło się porównanie do Bukowskiego (sic!), który podobno też opisywał bezeceństwa, ale „zyskał uznanie, bo był facetem”.

Co myślą o Bukowskim i kolegach bohaterowie jednego z moich ulubionych seriali :)
Co myślą o Bukowskim i kolegach bohaterowie jednego z moich ulubionych seriali 🙂

Po drugie (i przełomowe): Matt T. kontra Internet

12 listopada miało miejsce historyczne wydarzenie: po raz pierwszy udało się posadzić sondę kosmiczną na komecie. Co więcej, dokonali tego nie Amerykanie, tylko Europejska Agencja Kosmiczna! Jednym z ojców sukcesu jest doktor Matt Taylor. Niestety, jego moment triumfu został kompletnie przyćmiony przez… koszulę. W telewizji pokazał się, wyglądając tak:

web-dr-taylor
Dr Taylor

Na naukowca posypały się gromy, a jego koszula przez grono pyskatych użytkowników Twittera została okrzyknięta obraźliwą i seksistowską. Jakim cudem w takiej chwili można patrzeć na koszulę – nie wiem. Może po obejrzeniu „Armageddonu” części widzów wydawało się, że lądowanie na komecie już było?

Co właściwie widać na koszuli? Trochę wyprężone, ale bynajmniej nie rozebrane komiksowe bohaterki. W ogromnej liczbie i jaskrawych barwach, które sprawiają, że trzeba mocno wytężyć wzrok, by zobaczyć tam cokolwiek poza samą pstrokatością. Na dodatek, koszulę ręcznie namalowała i podarowała Mattowi… koleżanka.

Internetowe oburzenie było tak gwałtowne, że Matt przeprosił, po czym zniknął z sieci (Twitter nieaktywny od 12 listopada). Przeprosił w chwili życiowego triumfu, zupełnie złamany. Nie linkuję do wideo, bo każde wyświetlenie łamie mi serce. Wszystko to działo się mniej więcej w tym samym czasie, gdy Kim K. w ramach emancypacji pokazała na okładce gołą pupę. Pozwolę sobie pominąć również ten odnośnik.

==========

Piszę o tym, bo w moim odczuciu ani jedna, ani druga sprawa nie ma nic wspólnego z feminizmem (bądź seksizmem). Martwi mnie nadużywanie tego słowa. Widzę tu manipulację, zawiść i zwykłe wciskanie kitu. Niniejszym protestuję 🙂

A Mattowi ciągle jeszcze możecie postawić obiad.

PS. Link do pełnej historii afery koszulowej, po angielsku, podpatrzony na FB mojego kolegi Adama.
PS2. Pełna grafika z nagłówka