Archiwa tagu: mama

Poznań 2018: są pracodawcy, którzy wspierają kobiety

Za miesiąc wracam do pracy po urlopie macierzyńskim, który jak na polskie warunki zrobiłam sobie bardzo krótki (siedem miesięcy), a którego długość zapewne i tak nieprzyjemnie zaskoczyła moich szefów po drugiej stronie oceanu.

Na łamach tego bloga (przy okazji, upewniłam się, że blog owszem ma łamy) zdarza mi się wypowiadać na temat niesprawiedliwości i dyskryminacji w świecie IT. Wkrótce zresztą zamierzam opublikować naprawdę najstraszniejszy tekst na ten temat, jaki zdarzyło mi się napisać. Dla równowagi, tym razem chciałabym odezwać się w innym, optymistycznym tonnie. Chcę pokazać, że istnieją przyzwoite firmy i może być naprawdę dobrze.

W dużej mierze jest to wpis o karmieniu piersią.

Moja największa obawa związana z „wcześniejszym” powrotem dotyczyła tego, że wracam,  ciągle jeszcze karmiąc. To dla mnie krępujące. Nie zrozumcie mnie źle. Czasami karmię w miejscach publicznych i uważam to za naturalne, ale czuję się niezręcznie mieszając w ten sposób sferę zawodowa i prywatną. Zwłaszcza, że w biurze na co dzień mam kontakt z właściwie samymi facetami (których część, na szczęście, ma dzieci).

Mój pracodawca bez mrugnięcia okiem zaakceptował zapisy polskiego prawa, zgodnie z którymi w ciągu dnia pracy na etat mam prawo do dwóch półgodzinnych przew. Z tymi przerwami mogę zrobić wszystko: wziąć je osobno, połączyć, nawet skrócić o nie czas pracy. To ostatnie rozwiązanie wydaje mi się mało praktyczne, żeby nie powiedzieć – naciągane.

Przemyślałam sobie sprawę. Przez parę miesięcy mogę przychodzić do pracy pół godziny później, a drugą dostępną przerwę wykorzystam w połowie swojego dnia. Niania będzie przynosiła moje dziecko do pracy (z domu to godzinny spacer przez las).  Nasze przemiła i super pomocna menedżer biura obiecała mi pomoc w zrobieniu stałej rezerwacji w najintymniejszym pokoiku konferencyjnym z hamakami.

W piątki zamierzam pracować z domu.

Mój mąż przejmuje pozostałą część urlopu rodzicielskiego i wcale nie jest jedynym znanym mi mężczyzną, który zdecydował się na taki krok.

Chwalę się, oczywiście 😉 Piszę to,  żeby pokazać, że się da. Że są tacy pracodawcy. Trzeba ich szukać. Warto negocjować. Ostatecznie korzyści są obustronne, Stawką jest w końcu obecny, zadowolony, oddany pracownik. Czy tam pracownica.

Na dodatek pod moją nieobecność, kiedy byłam na urlopie macierzyńskim, w firmie powstała grupa wsparcia dla kobiet 🙂

Na koniec tylko mini-słowniczek dla osób nie w temacie:

  • urlop macierzyński: to 20 tygodni „wolnego”, z których 14 musi wykorzystać matka, a 6 do wyboru matka lub ojciec;
  • urlop ojcowski zwany tacierzyńskim: to dwa tygodnie wolnego dla taty, do wykorzystania w pierwszych 2 latach życia dziecka;
  • urlop rodzicielski: 26 tygodni dla dowolnego z rodziców;
  • urlop wychowawczy: to bezpłatny urlop, na który może zdecydować się jedno z rodziców już po zakończeniu urlopu rodzicielskiego;
  • urlopy w USA: w USA świeżo upieczonej mamie przysługuje 12 tygodni bezpłatnego urlopu – i tyle, na szczęście często większe firmy, także z branży IT (w tym nasza), same oferują płatne urlopy jako tzw. benefit. Osobiście znam osobę, która wróciła do pracy kilka dni po porodzie.

PS. Zdjęcie w nagłówku zostało zriobione podczas imprezy baby shower w moim biurze.

Poznań, 2014: o tym jak napisałam do „Wysokich Obcasów” i dlaczego kobiety nie zmieniają pracy

W najbliższym czasie na moim blogu, gdzieś pomiędzy Scalą, pojawi się kilka tekstów na temat kobiet i, w szczególności, matek w IT. Znów inspirują mnie do tego okoliczności. Zanim poskładam te teksty, chciałabym podzielić się z Wami listem, który dawno temu (2014) wysłałam do redakcji „Wysokich Obcasów” w odpowiedzi na ich apel o przedstawienie „problemów współczesnych kobiet”. Rozwinęło się to w fajną przygodę: dwie miłe panie reporterki odwiedziły mnie w domu i użyły moich opowieści w jednym z reportaży. Na tyle skutecznie, że mimo że nie podałam nazwiska ani nazwy pracodawcy, kilkoro przyjaciół zorientowało się, że to ja.

Poniżej minimalnie tylko zredagowany list. Plus kilka współczesnych refleksji na końcu.

Poznań, 8 maja 2014

Wiele razy piętnowałam, prywatnie i publicznie, przejawy dyskryminacji zarówno w miejscu pracy [1 – uzupełniające cytaty poniżej], jak i na drodze, która w to miejsce prowadzi [2]. Tyle razy wdałam się w dysputy na firmowych zebraniach [3], tyle razy tłumaczyłam, dlaczego kobiety nie wybierają studiów technicznych [4], tyle razy byłam zapraszana na debaty na ten temat – że ostatnio, przez chwilę, wydawało mi się, że wszystko zostało powiedziane i nie ma już o czym rozmawiać.

Poświęciłam chwilę na refleksję nad Waszym apelem o wskazanie bolączek współczesnych kobiet. Bolączka, którą rozstrząsam właściwie codziennie, która w dużej mierze definiuje może życie zawodowe i prywatne.

Jest tak:

Mam trochę ponad 30 lat, męża, doktorat, dobrą pracę w dziale badawczym międzynarodowej firmy. Mnóstwo ofert pracy, w tym od gigantów w mojej dziedzinie. Obserwuję (z sympatią)
kolegów ze studiów, którzy podążają za każdą korzystniejszą lub umożliwiająca lepszy rozwój ofertą. Koleżanki z reguły pracują w jednej firmie znacznie dłużej; spora część z nich prowadzi (dobrze prosperujące) malutkie firmy z własnego domu. Sama, podobnie jak one, czuję, że zawodowe skakanie z kwiatka na kwiatek nie jest dostępną dla mnie opcją.

Dlaczego? Ponieważ jestem kobietą i kiedyś (a teraz już bliżej niż dalej) prawdopodobnie będę chciała mieć dziecko.

Nie, nie boję się, że stracę pracę pierwszego dnia po powrocie i zostanę na lodzie z małym dzieckiem. W moim zawodzie ciągle pracy jest więcej niż przyzwoitych fachowców. Rozmowy kwalifikacyjne to akurat jedna z nielicznych sytuacji, w których nigdy nie odczułam, by moja płeć miała znaczenie. Irytuje mnie to, że kiedy znajomi faceci są u szczytu kariery
zawodowej, przebierają w ofertach i pną się w górę (zgodnie z zasadą, że nigdzie nie awansują cię tak szybko, jak wtedy, gdy jedna firma podkrada cię drugiej) – ja ciągle mam skrupuły. Bo przecież za chwilę mogę chcieć być w ciąży.

Z ciążą problem jest następujący – wymaga zniknięcia z pracy na dobrych kilka miesięcy. Głupio by było po trzech miesiącach w nowym miejscu pójść na zwolnienie z powodu zagrożonej ciąży i pojawić się ponownie po kolejnym roku, gdy nikt nie będzie już pamiętał, skąd się wzięłam. Prawda? Mogłoby to utwierdzić pracodawcę w przekonaniu, że kobietom
tylko to (wynagrodzenie na chorobowym/macierzyńskim) w głowie. Zatem pracuję pilnie kolejny rok, starając się pokazać przełożonemu, że w razie czego warto te kilka miesięcy na mnie poczekać. Wszystko na zapas, gdy nawet nie zaczęliśmy z mężem starań o to dziecko. Gdy wiem, że takie starania mogą trwać latami lub w ogóle zakończyć się niepowodzeniem.

Trudno nazwać to niesprawiedliwością. Brak tu złej woli z czyjejkolwiek strony. To miejsce, w którym pokonuje mnie sama biologia. Zaczynam myśleć, że niedobór kobiet na najwyższych, eksponowanych stanowiskach i w zarządach niekoniecznie wiąże się z seksizmem i dyskryminacją (bo to, że nie wiąże się z mniejszymi zdolnościami kobiet, jest dla mnie oczywiste). Kobiety „same” się eliminują – w najbardziej produktywnym wieku, w momencie najlepszym na nawiązywanie kontaktów, prezentowanie profesjonalizmu, pięcie się w górę – one „produkują” dzieci, lub panikują na ten temat.

No i co z tym zrobić? 🙂

J.

[1] „Wow, jeszcze nigdy nie widziałem, żeby kobieta to potrafiła!”
[2] „Dzisiaj będziemy omawiać geometrię przestrzenną. Z mojego
doświadczenia wynika, że chłopcy radzą sobie z tym lepiej, niż dziewczynki”.
[3] „O co ci chodzi, nie ma nic złego w tym, że kobiety lepiej się znają
na kolorach”.
[4] „Studiuj na politechnice, twój mąż już tu jest”.

 

Od czasu napisania tego listu sporo się u mnie pozmieniało. Mam dwójkę dzieci i nowego pracodawcę (którego bardzo sobie chwalę, ale o tym w następnym tekście). Jeśli chodzi o kwestie poruszone w powyższym tekście, mam dwie gorzkie anegdoty:

  1. Zdecydowałam się na ciążę 2 latach pracy w jednym miejscu. Byłam już w zaawansowanej ciąży, kiedy firma podjęła decyzję o likwidacji (relokacji) poznańskiego biura. Nie miałam dokąd wracać… Chociaż muszę przyznać, że cała historia skończyła się dla mnie bardzo korzystnie.
  2. W nowym miejscu, trochę pamiętna tamtych doświadczeń, trochę wstrząśnięta falą zwolnień, a trochę zgodnie z zasadą „życie>praca” podjęłam decyzje o ciąży po 5 miesiącach. Pracowałam aktywnie do 7 miesiąca ciąży, mimo że czułam się podle – ci, którzy znają mnie osobiście, wiedzą jak bardzo. Dość powiedzieć, że układ kafelków na podłodze w firmowej toalecie dla inwalidów znów mam wyryty w mózgu po wsze czasy (za pierwszym razem było tak samo). No i i tak spotkałam się z komentarzem, z ust kobiety – „a ta tak krótko pracuje i już na zwolnieniu”.

Na koniec jeszcze oświadczenie: zdaję sobie sprawę, że opisuję tzw. problemy pierwszego świata i wiem, na jak uprzywilejowanej pozycji jestem, nie tylko z powodu własnych zasług.

Inauguracja serii „Mama w IT”, czyli wpis o porodach: porównanie warunków w polskim szpitalu publicznym i prywatnym

Serio, to jest wpis o porodach. Z programowaniem ma tyle wspólnego, że dzięki pracy w dobrze opłacanym zawodzie za drugim razem nie musiałam godzić się na warunki NFZ i wybrałam prywatny szpital. Do tematu rodziców w IT zamierzam jeszcze kilka razy wrócić, bardziej od strony wykonywania zawodu i pracy w biurze.

Tym razem koncentruję się na osobistym doświadczeniu i odpowiadam na kilka pytań związanych z porównaniem warunków w państwowym i prywatnym szpitalu, które regularnie ktoś mi zadaje. Mogę, to w końcu mój prywatny blog! A temat uważam za bardzo ważny.

W pierwszej wersji wpis był ścianą tekstu o długości czterech stron A4. Ostatecznie postanowiłam sprowadzić go do postaci rozbudowanej tabeli. Może na co dzień jestem dość wylewna, ale zależało mi, żeby nie przekroczyć granicy ekshibicjonizmu.

Ponieważ nie chcę stracić jednej trzeciej czytelników, postanowiłam wprowadzić specjalny znacznik: <uwaga: anatomia!>…</>. Tekst poza tym oznaczeniem nie powinien wyzwolić u nikogo przerażenia ani mdłości.

Podsumowanie całej przygody jest następujące: mimo że mieszkam w dużym ośrodku miejskim, gdzie i tak mam dostęp do bardziej nowoczesnego szpitala spełniającego większość z wyznaczonych standardów opieki okołoporowej, pieniądze wydane na prywatny szpital to najlepiej wydane pieniądze na świecie. Mniej z powodu „luksusowych” warunków (jak jednoosobowy pokój), bardziej z powodu podejścia personelu do pacjenta, które charakteryzowało się empatią i partnerskim traktowaniem – wartościami niemalże niedostępnymi w państwowej opiece zdrowotnej. A przecież finalnie płacimy tak samo, tylko droga pomiędzy klientem (pacjentem) a wykonawcą usług (personel szpitala) jest dłuższa i nieporównywalnie bardziej kręta.

  Publiczny Prywatny
koszt Ok. 700 zł. za własną położną wybraną spośród pracownic szpitala (od tego czasu szpital zakazał tego procederu). Ok. 9000 zł za poród z wybranym lekarzem (ceny w polskich szpitalach prywatnych wahają się pomiędzy ok. 3000-15000 zł).

Musiałam doliczyć do tego ceny noclegu w Warszawie na krótko przed wyznaczonym terminem.

liczba dni w szpitalu 5 (standard to 2) 2
liczba osób (matek) w sali 3 1
warunki w sali porodowej Poród rodzinny.

Prysznic, trochę sprzętów pomocniczych jak wielkie nadmuchiwane piłki.

Poród rodzinny.

Prysznic, wanna. Trochę sprzętów pomocniczych.

warunki w pokoju na oddziale Własna łazienka, stanowisko do kąpieli i przewijania dzieci, łóżka i szafki dla mam. Własna łazienka, stanowisko do kąpieli i przewijania dzieci, stanowisko do ogrzewania, łóżko i szafka, fotel, stół, rozkładana kanapa, telewizor, Internet (kiepski), telefon z numerami na wszystkie potrzebne mi oddziały (np. neonatologia).
możliwość odwiedzin Zakaz wstępu na oddział.

Mama może wyjść do „przedpokoju” (i bardzo dobrze – odwiedziny rodziny w wieloosobowym pokoju na oddziale porodowym to bardzo zły i naruszający intymność pomysł).

Jak najbardziej, przez cały dzień.

W niektórych typach pokoju jest nawet możliwe przenocowanie jednej osoby (razem z wyżywieniem).

Zakaz wstępu dzieciom (zarazki).

podejście do pacjentki Istniejąca tylko w służbie zdrowia paskudna forma „mama, podaj”.

Mieszanka pobłażania i zniecierpliwienia.

Większość położnych była zasadniczo miła i życzliwa, ale trafiło się parę jędz. Odpyskować czy wykazać się asertywnością nie jest łatwo, gdy nie wiadomo, czy za chwilę baba nie uszczypnie mojego dziecka w drodze na szczepienie albo poda mi tylko połowę z przepisanych środków przeciwbólowych.

Normalne podejście do dorosłego, samostanowiącego człowieka – „proszę podać”, ewentualnie „pani Justyno”. Jedna osoba, która mówiła mi na „ty” („Justynko”), zaproponowała tę samą formę zwracania się do siebie.
przepływ informacji Żaden.

Można było nękać zniecierpliwione położne lub czekać na jedyny w trakcie dnia obchód. O tym, że danego dnia jednak nie wychodzę do domu, dowiadywałam się codziennie, kiedy byłam już spakowana, a mąż wyruszał po nas z pracy.

Dobry:

  • ulotka z podstawowymi informacjami (np. godziny posiłków)
  • pod ręką telefon z numerami na najważniejsze oddziały
  • pełna informacja przy każdym wykonywanym zabiegu
  • uprzejme, choć również trochę zabiegane położne na oddziale
wyżywienie Jak na stronie „posiłki w szpitalach: grube parówki i dwa plastry sera na trzy kromki chleba. Przynajmniej bez pleśni. Urozmaicone jedzenie ze szpitalnej kafeterii, możliwość wyboru obiadu spośród kilku opcji.
konsultacje z personelem i przepływ informacji
  • Obchód raz dziennie (ginekolog, pediatra).
  • Położne na oddziale.
  • Obchód dwa razy dziennie (ginekolog, neonatolog).
  • Konsultacja neonatologiczna przed każdym zabiegiem u dziecka.
  • Ginekolog i neonatolog stale pod telefonem.
  • Fizjoterapeuta.
uśmierzanie bólu porodowego
  • Dolargan
  • Znieczulenie zewnątrzoponowe (które zupełnie nie zadziałało na połowę mojego ciała, ale anastezjolog nie miał czasu na poprawienie wkłucia); w obecnej chwili, o ile mi wiadomo, żaden szpital w Poznaniu nie zagwarantuje dostępności tej metody
  • Znieczulenie zewnątrzoponowe podane starannie, spokojnie i regularnie sprawdzane, z opcją samodzielnej (pod kontrolą lekarza) zmiany mocy
  • Opcjonalnie także gaz rozweselający
<uwaga: anatomia!> nacięcie </> Tak. Z pospiesznym, spapranym szyciem, które stało się przyczyną największych cierpień po. Okazało się, że lekarz właśnie kończył zmianę i spieszył się do domu. Nie. Kilka szwów.
ustąpienie poważniejszych dolegliwości bólowych Dwa tygodnie po Od razu
opieka nad noworodkiem Oprócz paru godzin po porodzie, cały czas z mamą, niezależnie od jej samopoczucia. Z mamą, ale z możliwością wysłania na parę godzin na oddział noworodkowy w dowolnym momencie.
doradztwo laktacyjne Brak.

Brak chociażby jednego laktatora na oddziale położniczym!

Umiarkowana pomoc.

Bez problemu można wypożyczyć laktator (czasami potrzebny podczas pierwszych dni).

ogólna ocena doświadczenia Ekstremalnie nieprzyjemne, chociaż nie traumatyczne. Całkiem komfortowe.

Porównywane szpitale: Szpital św. Rodziny w Poznaniu, Szpital Medicover w Warszawie. Wpis nie jest reklamą i przedstawia tylko moje osobiste, subiektywne doświadczenia.